Lecz tym razem nawet gdyby Anna Stina była w domu i zaparzyła swoją okropną kawę, to i tak nie pomogłoby to dziewczynie. Jednak staruszka poszła na plebanię, na pogrzeb Ingrid, bowiem wikariuszowa nie zapomniała zaprosić tych, których córka darzyła sympatią. I to pewnie też przez wyrzuty sumienia.
W starej chałupie Anny Stiny nic się nie zmieniło. Gdy tylko Ingrid dojrzała ławę z drewnianą przykrywą, wyczyszczony stół, kota i dzbanek do kawy, wprawdzie nie poczuła zbytnio pokrzepienia, ale wiedziała, że w tym miejscu może dać ujście rozpaczy.
Otuchy dodawało jej to, że nie musi o niczym innym myśleć — tylko płakać i lamentować.
Natychmiast podeszła do ławy, rzuciła się na nią i leżała tak, płacząc, nie wiadomo jak długo.
Dalarczyk siedział na kamiennej płycie; ze względu na kota niechętnie myślał o wejściu do środka. Czekał, aż Ingrid wyjdzie i mu zagra. Dawno już wyjął swe skrzypce. A że dziewczyna nie pojawiała się, sam zaczął grać.
Grał łagodnie i cicho — jak zwykle. Melodia ledwo docierała do uszu Ingrid.
Poczuła, jak drżenie — jedno po drugim — przechodzi jej przez ciało. Tak czuła się, gdy zachorowała. Pomyślała, że to nawrót choroby. I pewnie będzie lepiej, jeśli gorączka ją teraz naprawdę zabije.
Usłyszawszy grę skrzypiec, usiadła i rozejrzała się spłoszonym wzrokiem. Kto grał? Czy to jej student? Czy wreszcie przyszedł?
Zaraz zrozumiała, że to Dalarczyk, i głęboko wzdychając, na powrót się położyła.
Nie była w stanie śledzić melodii. Ale gdy tylko zamknęła oczy, skrzypce przemówiły głosem studenta. Słyszała każde słowo; rozmawiał z przybraną matką, wziął Ingrid w obronę. Mówił tak pięknie jak niegdyś do państwa Blomgrenów. „Ingrid potrzebuje dużo miłości”, powiedział. To tego jej brakowało. Dlatego nie zawsze spełniała swe obowiązki i uciekała w marzenia na jawie. A nikt nie rozumiał, jak dobrze potrafi pracować dla kogoś, kto ją pokocha. Dla takiego człowieka znosiłaby smutek, chorobę, pogardę i biedę. Dla niego byłaby silna jak olbrzym, cierpliwa jak niewolnica.