Ingrid wyraźnie słyszała jego słowa; poczuła, jak wstępuje w nią spokój. To prawda. Gdyby tylko przybrana matka ją kochała, zobaczyłaby, do czego Ingrid jest zdolna. Ale że jej nie lubiła, Ingrid ogarniała niemoc. Ależ tak, taka jest prawda.
Przestała odczuwać gorączkowe dreszcze. Leżała tak i słuchała, jak student mówi.
Czasem zasypiała raz po raz, myśląc, że nadal jest w grobie — wtedy on przychodził i wyjmował ją z trumny. Spierała się z nim o to.
— Przychodzisz teraz? Kiedy ja śnię?
— Zawsze przychodzę, by ci pomóc, Ingrid — rzekł. — Wiesz przecież. Wyjmuję cię z grobu, niosę na barkach, koję cię mym graniem. To zawsze ja.
Tym, co bez przerwy jej przeszkadzało i ją budziło, była myśl, że musi wstać i zagrać Dalarczykowi. Kilka razy uniosła już głowę, ale brakło jej siły.
Gdy tylko ponownie opadła na posłanie, śniła. Siedziała skulona w worze, a student niósł ją przez las. Zawsze on.
— Ale to nie byłeś ty — rzekła do studenta.
— Ależ tak, to ja — uśmiechał się lekko w odpowiedzi na jej wątpliwości. — Przez wszystkie te lata co dzień o mnie myślałaś, więc chyba rozumiesz, że nie mogłem opuścić cię w niebezpieczeństwie.
Wydało jej się to całkiem oczywiste, więc zaczęła rozumieć, że tak — to był on.