Czuła tak nieskończoną rozkosz, że znów się budziła. A w całym jej ciele drgała miłość. Bardziej rzeczywista być już nie mogła, nawet gdy usiądzie i porozmawia z ukochanym.

— Dlaczego on nigdy nie przychodzi naprawdę? — powiedziała półgłosem. — Dlaczego pojawia się tylko w moich snach?

Nie śmiała się ruszyć. Uczucie miłości prysnęłoby natychmiast. Jak gdyby na jej ramieniu siedział płochliwy ptak, a ona nie chciała go wystraszyć.

Jeśli się ruszy, odfrunie, a rozpacz znów opanuje jej zmysły.

W chałupie panował półmrok, gdy się już wreszcie całkiem obudziła. Musiała przespać i popołudnie, i wieczór. O tej porze roku słońce zachodziło po dziesiątej.

Skończyła się także melodia skrzypiec, Dalarczyk ruszył pewnie w drogę.

Stara Anna Stina jeszcze nie wróciła. Pewnie zamierza zostać tam na noc.

Dziewczynie to nie przeszkadzało, miała tylko ochotę położyć się i spać dalej. Bała się rozpaczy, która ją dopadnie po przebudzeniu.

Ale nowa myśl zaprzątnęła jej głowę. Kto zamknął drzwi, kto przykrył ją szalem Anny Stiny i kto na ławie obok położył dla niej kawałek chleba?

Czyżby to wszystko zrobił dla niej on, ten Kozioł?