Przez chwilę zdawało jej się, że widzi, jak sen i życie stoją obok siebie, rywalizując, kto lepiej ją pocieszy. Sen był słoneczny, uśmiechem wlewał w Ingrid błogą miłość, by dodać jej otuchy. Lecz także życie, ciężkie i surowe, rozsypując okruchy życzliwości, pragnęło pokazać, że nie ma wobec niej złych zamiarów, jak jeszcze niedawno mogło się wydawać.
Rozdział szósty
Ingrid i Anna Stina wędrowały przez ciemny las. Szły przez cztery dni, trzy noce spędziły w szałasach. Ingrid była nieprzytomna ze zmęczenia, twarz miała bladą, oczy zapadnięte, błyszczące od gorączki. Staruszka Anna Stina od czasu do czasu rzucała na nią po kryjomu spojrzenie i prosiła Boga, żeby dał dziewczynie siłę, by ta nie zachorowała i nie umarła na mchu. Chwilami babka odwracała się wystraszona. Miała niemiłe wrażenie, że kroczy za nimi lasem stara matka Śmierć, by zabrać tę, która zapowiedziała się u niej Słowem Bożym i posypaniem ziemi.
Staruszka była niska i tęga, miała dużą, prostokątną twarz, tak mądrą, że dodawało jej to urody. Nie była przesądna — mieszkała samotnie w środku lasu, nie obawiając się ani trolli, ani rusałek — lecz kiedy szła obok Ingrid, czuła, jak gdyby ktoś jej wręcz wyjaśniał, że idzie obok kogoś, kto nie należy do tego świata. Tak to zrozumiała, gdy znalazła dziewczynę w chatce w poniedziałkowy ranek.
Nie wróciła do domu w niedzielę wieczorem, bowiem wikariuszowa poważnie zaniemogła, a Anna Stina, która znała się na chorobach, została, by przy niej czuwać. Przez całą noc wikariuszowa majaczyła, że objawiła się jej Ingrid, w co stara nie mogła uwierzyć.
I gdy wreszcie przyszła do domu i ujrzała dziewczynę, chciała natychmiast wrócić na plebanię i powiedzieć wszystkim, że to nie ducha widzieli; lecz zobaczywszy minę Ingrid, nie miała śmiałości ruszyć się z miejsca. Życie w niej trzepotało jak płomień świecy, która zaraz zgaśnie od silnego podmuchu. Mogłaby umrzeć tak łatwo jak ptak w klatce. Śmierć szła jej tropem, musi być uważna i ostrożnie stawiać kroki, jeśli chce zostać przy życiu.
Staruszka nie była pewna, czy Ingrid nie jest po prostu zjawą — tak mało zostało w niej życia. Całkiem odrzuciła myśl o przemawianiu jej do rozsądku, należało po prostu przyjąć, że dziewczyna nie chce, by ktokolwiek wiedział o jej stanie. Dlatego Anna Stina postanowiła postąpić najmądrzej, jak umiała. Jej siostra służyła jako gosposia w dużym majątku w Dalarnie; zdecydowała się zabrać tam Ingrid i uprosić siostrę o miejsce dla niej. Dziewczyna musiała się zadowolić pracą służącej. Innej rady nie było.
Szły więc teraz do tego majątku. Anna Stina znała okolicę na tyle dobrze, że w ogóle nie musiały iść główną drogą, lecz przemierzały bezludne, leśne ścieżki. Niełatwo im było uniknąć trudności. Buty były schodzone, spódnice brudne i postrzępione na brzegach. Złośliwa gałązka zadrasnęła rękaw bluzki Ingrid.
Pod wieczór czwartego dnia dotarły na skraj lasu, skąd ujrzały głęboką dolinę. Daleko w dole leżało jezioro, a przy samym jego brzegu wysoka wyspa, na której wznosił się biały dwór. Gdy Anna Stina ujrzała budynek, oznajmiła, że to jest Munkhyttan i że to tam służy jej siostra.
Na wzgórzu na skraju lasu doprowadziły się do porządku. Zawiązały na nowo chustki na głowach, mchem przetarły obuwie, umyły się w leśnym potoku. Anna Stina podwinęła dziewczynie rękaw bluzki, żeby ukryć rozdarcie.