Westchnęła na widok Ingrid, wręcz straciła nadzieję. Przedziwnie wyglądała w ubraniach pożyczonych od starszej kobiety, w ogóle na nią nie pasowały. Wyglądała na istotę pozbawioną sił, siostra Stava nie weźmie jej na służbę. To jak zatrudnić powiew wiatru. Z dziewczyny nie będzie więcej pożytku niż ze schorowanego motyla.

Gdy już były gotowe, ruszyły w dół, w stronę jeziora. Był to krótki odcinek. Zaraz weszły na teren majątku.

Owszem, był to majątek!

Rozciągały się tam wielkie, zaniedbane pola, które powoli zarastał las. Mostek prowadzący na wyspę był tak rozchybotany, że nie sądziły, iż uda im się przejść na drugą stronę. Dalej aleja, wiodąca od mostu do domostwa, zarośnięta była trawą niczym pastwisko, a na środku drogi leżało drzewo, powalone wichurą.

Pięknie było na wyspie, tak pięknie, że mógłby tam wznosić się zamek. Ale w ogrodzie nie było ani jednego kwiatka, w wielkim parku drzewa dusiły się nawzajem, a na zielonych, błotnistych ścieżkach wiły się zaskrońce.

Widząc to zaniedbanie, Anna Stina zlękła się; mruczała do siebie: „Jak to możliwe? Czy siostra Stava nie żyje? Pozwala, by tak to wyglądało? Inaczej było trzydzieści lat temu, kiedym ostatnio tu była. Co, na Boga, wstąpiło w Stavę?”. Nie była w stanie pojąć, że w miejscu, gdzie rządzi jej siostra, może panować taki nieład.

Ingrid szła za nią powoli i z oporem. W chwili, gdy postawiła nogę na moście, zauważyła, że nie są tylko we dwie — jest ich troje.

Ktoś ją wyminął, a potem zawrócił i ruszył za nią.

Nie słyszała kroków, ale ten, kto ją śledził, znajdował się tuż obok niej. Widziała, że jest tam na pewno.

Bardzo się wystraszyła, już miała prosić Annę Stinę, by zawróciły; chciała powiedzieć, że wszystko jest tu zaczarowane, że nie ma odwagi iść dalej. Lecz zanim zdążyła wymówić choć słowo, obcy podszedł do niej tak blisko, że zaraz go rozpoznała.