Już kiedyś pojawiał się niewyraźnie — teraz był tak widoczny, że była pewna: to przecież on, to student.
Przestało ją przerażać, że idzie obok. Było coś miłego i uroczystego w tym, że wyszedł jej na spotkanie. Jak gdyby to on ją tu przyprowadził i teraz chciał wszystko pokazać.
Szedł z nią przez most i aleją, aż do samego budynku.
Nie mogła przestać zerkać w lewą stronę. Widziała tam jego twarz, tuż przy swoim policzku. Twarz zresztą ledwie mogła dojrzeć, spostrzegła tylko niezmiernie piękny uśmiech, sunący z czułością obok niej. Lecz gdy odwróciła głowę, by mu się przyjrzeć, zniknął. Nie, nie było tam nic, co można by wyraźnie zobaczyć. A gdy patrzyła przed siebie, znów się pojawiał, tuż przy niej.
Ten, który z nią szedł, nie odzywał się. Nie robił nic, tylko się uśmiechał, a jej to wystarczyło. Z pewnością czynił tak po to, by jej pokazać, że jest w świecie ktoś, kto darzy ją czułą miłością.
Jego obecność jawiła się jako na tyle rzeczywista, że Ingrid nabrała przekonania, iż on ją chroni i nad nią czuwa. Wobec tej cudownej świadomości ustąpiła cała rozpacz, obudzona przez ostre słowa przybranej matki.
Ingrid poczuła, że została przywrócona do życia. Miała prawo do życia, ponieważ ktoś ją kochał.
I tak oto weszła do kuchni w Munkhyttan — z rumieńcem na policzku i błyskiem w spojrzeniu. Krucha, słaba i przezroczysta, lecz śliczna jak róża w rozkwicie.
Wciąż czuła się jakby we śnie; nie bardzo wiedziała, gdzie się znajduje, a najbardziej dziwiło ją to, że przy piecu stała druga Anna Stina. Niska i masywna, o dużej, prostokątnej twarzy — zupełnie jak ta pierwsza. Ale dlaczego ma biały czepek, związany wstążką pod szyją, i czarną bombazynową13 suknię? Ingrid była tak oszołomiona, że długa chwila minęła, nim pojęła, że to musi być panna Stava.
Poczuła na sobie niespokojny wzrok Anny Stiny; starała się ocknąć, by się przywitać. Ale nic nie było ważne dla niej prócz tego, że on się pojawił.