Dzień ciągnął się w nieskończoność. Połączone wspólnym, długim milczeniem czekały aż do wieczora.
Podjechał parobek z zapasem drewna na święta; koń został na podwórku, gdy wyładowano polana.
— Ingrid — rzekła jaśnie pani nieoczekiwanie rozkazującym tonem. — Biegnij do Andersa i powiedz, żeby odprowadził konia. Już! Już!
Dziewczyna zbiegła po schodach na werandę, lecz nie zdążyła zawołać parobka. Za stosem drewna dojrzała wysokiego mężczyznę w białym futrze i z wielkim worem na plecach. Nie musiała już patrzeć, jak przystanął i dygał, żeby go rozpoznać.
— Ale, ale...
Przyłożyła dłoń do czoła, oddychała gwałtownie. Jak miała to wszystko rozumieć? Czy to ze względu na niego jaśnie pani posłała ją na dół? A parobek, czemuż tak szybko odprowadzał konia? I dlaczego zdjął czapkę, żeby się przywitać? Co wspólnego z szaleńcem mieli mieszkańcy majątku?
I wtedy cała prawda dotarła do Ingrid, druzgocąc jej serce z taką siłą, że niemal krzyknęła. To nie ukochany nad nią czuwał. To ten obłąkaniec. Pozwolono jej zostać, bo dobrze o nim mówiła. Bowiem jego matka pragnęła dopełnić dobry uczynek, który on rozpoczął!
Ten Kozioł — to był młody panicz.
A do niej nikt już nie przyjdzie, nikt jej nie poprowadzi i nikt na nią nie czeka. To były marzenia, wymysły, omamy.
Och, jakże gorzka to prawda! Gdyby tylko tak długo na niego nie czekała!