Pewnego dnia zauważyła, że z alei odgarnięto śnieg. Niemal się wystraszyła. Czy to teraz przyjedzie?
Nazajutrz jaśnie pani od rana siedziała przy oknie i spoglądała na drogę. Ingrid zatrzymała się w głębi pokoju. Do okna nie śmiała się zbliżyć.
— Czy Ingrid wie, kogo wyczekuję? — spytała nagle radczyni.
Dziewczyna skinęła głową; nie ufała swemu głosowi, nie miała odwagi się odezwać.
— Czy panna Stava mówiła, że mój syn jest dość dziwny?
Ingrid zaprzeczyła ruchem głowy.
— Jest bardzo dziwny, on... Nie, nie mogę o tym mówić, nie mogę. Sama Ingrid zobaczy.
Słowa te rozdzierały serce. Mocno wstrząsnęły Ingrid. Co też kryje się w tym miejscu, że wszystko jest tu tak osobliwe? Coś potwornego, o czym nie wiedziała? Czy radczyni i jej syn stali się wrogami? O co mogło chodzić?
W jednej chwili promieniała radością, w kolejnej drżała z rozpaczy! Musiała przywołać wszystkie swoje fantazje, by znowu poczuć, że to musi być on.
Nie potrafiła powiedzieć, dlaczego z taką pewnością wierzyła, że to on jest synem radczyni. Z tego, co tu usłyszała, był to raczej ktoś inny. Boże, jakie to trudne... Że też nigdy nie wymówiono jego imienia.