Zastanawiała się jedynie, kiedy do niej przyjdzie. Bo przyjdzie z pewnością. Niemożliwe, żeby nie przyszedł. W tej alejce zostawił cząstkę swej duszy.
*
Minęło lato, a potem jesień. Zbliżało się Boże Narodzenie.
— Panienko Ingrid! — pewnego dnia odezwała się tajemniczym tonem panna Stava. — Myślę, że powinna panienka wiedzieć, iż panicz, właściciel tego majątku, odwiedzi nas w święta. Przynajmniej dotąd zawsze odwiedzał — dodała z westchnięciem.
— Ach, jaśnie pani nawet nie wspomniała, że ma syna! — zdziwiła się Ingrid.
Nie poczuła jednak ani krzty zdumienia. Chciała raczej rzec, że od początku o tym wiedziała.
— Nikt panience o tym nie wspomniał, bo jaśnie pani zakazała o nim mówić.
Więcej panna Stava nie chciała wyjawić.
A Ingrid nie dopytywała. Lękała się poznać prawdę. Tak ogromnie rozbudziła swe nadzieje, że teraz bała się, by nie prysły. Dobrze byłoby wiedzieć, jaka jest prawda, ale ta mogła także okazać się gorzka i zniszczyć cudowne marzenia.
Poza tym on był przy niej teraz i w dzień, i w nocy. Ledwie znajdowała czas, by porozmawiać z kimś innym. Wciąż pragnęła być tylko z nim.