Nie pozostało nic innego, jak tylko siedzieć i załamywać ręce z rozpaczy, że w tym szaleńcu krył się tak dobry i miły człowiek.

Ingrid chciała jedynie wiedzieć, czy sprowadzono ją tu tylko po to, by wygrywała mu melodie swego dziadka. I tak będzie przez całe życie? Już nigdy to się nie zmieni?

Niekiedy opowiadała mu bajki. Gdy słuchał tych historii, jego twarz potrafiła niespodziewanie zajaśnieć, a czasem mówił jej coś cudownie pięknego. Nikt mądry nie umiałby wymyślić nic podobnego. Więcej nie było jej trzeba — na powrót wstępowała w nią odwaga i znowu wracali do niekończących się prób.

*

Było późne popołudnie, wschodził księżyc. Na ziemi leżał biały śnieg, jezioro pokrywał szary, błyszczący lód. Drzewa stały brunatne, a niebo płonęło czerwienią zachodzącego słońca.

Ingrid wybrała się nad jezioro na łyżwy. Kroczyła wąską ścieżką, wydeptaną w śniegu. Gunnar Hede szedł za nią. Z postawy jego ciała można było wywnioskować, że czuł się przybity — przypominał psa, podążającego za swym panem.

Ingrid była zmęczona. W jej oczach brakło blasku, a cera poszarzała.

Idąc tak, zastanawiała się, czy dzień, który właśnie zniknął, jest z siebie dumny. Czy to z radości wzniecił te wielkie, czerwone płomienie na zachodzie?

Dobrze wiedziała, że ona ani tego dnia, ani żadnego innego nie mogłaby zapalić ogniska, by świętować triumf. Przez cały miesiąc, od kiedy rozpoznała Gunnara Hedego, niczego nie osiągnęła.

A dziś poczuła wielką udrękę. Jak gdyby miała przez to wszystko zmarnować swą miłość. Zapominała o studencie, myśląc wyłącznie o chorym biedaku. Z miłości uleciały lekkość, piękno i radość. Było jej tylko ciężko — ciężko i smutno.