Wędrując w stronę jeziora, kuliła się w rozpaczy. Czuła, że nie rozumie, co należy zrobić, że musi to wszystko porzucić. „Boże, Boże, on idzie tak za mną, na oko silny i zdrowy, a tak beznadziejnie chory, nieuleczalnie!”.

Doszli do jeziora; zaczęła zakładać łyżwy. Chciała i jego zachęcić, więc przywiązała mu płozy, ale gdy tylko wyszedł na lód, przewrócił się. Wczołgał się z powrotem na ląd, usiadł na kamieniu, a ona się oddaliła.

Naprzeciw skalnego brzegu, na którym siedział Gunnar Hede, leżała maleńka wysepka, porośnięta brzozą i osiką, a nad nią świeciło wieczorne niebo, wciąż płonące purpurą. Drobne, lekkie korony drzew unosiły się w tej czerwieni z taką gracją, że trudno było oderwać od nich wzrok.

Zazwyczaj jest tak, że miejsce identyfikuje się ze względu na jakiś konkretny, charakterystyczny element, bo nawet to, które zna się doskonale, może wyglądać zupełnie odmiennie z innej perspektywy. Munkhyttan dało się rozpoznać po tej szczególnej, maleńkiej wysepce. Nawet jeśli nie widziało się posiadłości przez wiele lat, i tak nie można jej było pomylić z niczym innym, gdy się patrzyło na ten niewielki kawałek lądu, który teraz wyciągał swe ciemne korony w stronę zmierzchu.

Hede siedział w bezruchu i spoglądał na wysepkę, na lekkie gałęzie drzew i na szary lód, rozciągający się z każdej strony.

Był to widok najbardziej znajomy. Niczego innego w majątku nie znał tak dobrze. Ta mała wysepka zawsze przyciągała spojrzenia. Wpatrywał się w nią teraz, nawet o tym nie myśląc — jak to bywa na widok czegoś dobrze znanego. Długo siedział tak wpatrzony; nic mu nie przeszkadzało, ani człowiek, ani wiatr, ani nic obcego. Nie widział Ingrid, która sunęła daleko po lodzie.

W Gunnara Hedego wstąpił taki spokój, jaki się czuje jedynie, będąc u siebie. Z wysepki płynęły ku niemu cisza i poczucie bezpieczeństwa. Widok ten uśpił dawne lęki, które go dręczyły.

Zdawało mu się zawsze, że znajduje się wśród wrogów, że musi się przed nimi chronić. Przez lata nie zaznał spokoju, który pozwoliłby mu o tym zapomnieć, a teraz spłynęło nań ukojenie.

Gdy tak siedział, o niczym nie myśląc, zaczął mechanicznie wykonywać określone ruchy, jakie zwykle robi się w takich okolicznościach. Przed sobą miał lód, na nogach łyżwy; wstał i ruszył po tafli. Nie myślał o tym w ogóle — jak jedząc, nie myśli się o widelcu czy łyżce.

Sunął w dal po jeziorze, lód był idealny na łyżwy. Znajdował się już daleko od lądu, gdy zorientował się, co robi.