„Wspaniały ten lód”, pomyślał. „Ciekawe, dlaczego wcześniej nie jeździłem.”

„Będę przychodził tu codziennie”, pocieszał się. „Nie wolno zmarnować ani jednego dnia, dopóki mam ferie.”

Ponieważ Gunnar Hede przedsięwziął coś, co, zanim zachorował, robił zazwyczaj, nastąpiła przemiana; to dlatego obudziło się w nim dawne „ja”. Myśli i obrazy, należące do przeszłego życia, zaczęły wdzierać się do jego świadomości. Jednocześnie te związane z chorobą tonęły w zapomnieniu.

Tak jak zawsze, gdy jeździł na łyżwach, zatoczył koło po całym jeziorze, by zajrzeć za wysunięty cypel. Zrobił to nieświadomie, lecz kiedy znalazł się po drugiej stronie, wiedział, że zakręcił, by zobaczyć światło w oknie matki.

„Z pewnością uważa, że już czas wracać. Niech jeszcze chwilkę poczeka. Lód jest wspaniały.”

Budziło się w nim nieokreślone uczucie radości z ruchu i urokliwego wieczoru. To właśnie w taki księżycowy wieczór należy wybrać się na łyżwy. Lubił to łagodne przechodzenie dnia w noc. Światło jeszcze nie znikło, ale spokój już nadszedł. Najlepsze, co jest w nocy i w dniu!

Na lodzie była jeszcze jedna łyżwiarka, młodziutka dziewczyna. Nie wiedział, czy ją zna, ale sunął w jej stronę, by sprawdzić. Nie, to nie jest znajoma, lecz gdy się zbliżył, nie potrafił powstrzymać się od powiedzenia paru słów o tym, jaki dziś doskonały do jazdy lód.

Obca musiała być dziewczyną z miasta; nie przywykła, by ktoś tak po prostu ją zaczepiał. Wyglądała na przerażoną, gdy ją zagadnął. Poza tym był dziwacznie ubrany. Miał na sobie chłopskie odzienie.

Nie chciał straszyć dziewczyny. Zawrócił i wyjechał na środek jeziora. Lód był na tyle rozległy, że starczy dla dwojga.

Ingrid omal nie krzyknęła ze zdziwienia. Podjechał elegancko, ramiona skrzyżował na piersi, rondo czapki odwinął, a włosy zarzucił do tyłu, by nie zasłaniały uszu.