Mówił jak człowiek wykształcony, niemal bez dalarskiego akcentu.
Nie mogła dłużej czekać. Zaraz zjechała na ląd.
Zziajana wpadła do kuchni. Nie wiedziała, jak to powiedzieć krótko i jasno.
— Panno Stavo, panicz wrócił do domu!
W pomieszczeniu było pusto, Stava, i służące wyszły. W pokoiku gosposi też nikogo nie znalazła. Ingrid popędziła przez cały dom, wchodząc do komnat, w których nikt nigdy nie bywał. Bez przerwy wołała: „Panno Stavo, panno Stavo, panicz wrócił do domu!”.
Znalazła je na piętrze. Niemal oszalała w otoczeniu służących, panny Stavy i samej radczyni, nie przestawała krzyczeć. W kółko powtarzała to samo, zbyt roztrzęsiona, by móc zamilknąć.
Żadna z pozostałych kobiet nie zrozumiała jej opacznie. Wszystkie cztery były bliskie utraty zmysłów, podobnie jak ona: drżące twarze, dygoczące ręce.
Ingrid w rozpaczy zwracała się to do jednej, to do drugiej. Powinna coś wyjaśnić, coś rozkazać — ale co takiego? Ach, że też rozum ją zawiódł. Z zapytaniem w oczach spojrzała na radczynię. „Co to było, czegom ja chciała?”.
Stara pani wydała kilka poleceń niskim, rozedrganym głosem. Prawie że szeptała.
— Światło, rozpalić w kominku w komnacie panicza! Jego odzienie trzeba wyłożyć!