Nie pora była teraz, by panna Stava się pyszniła. Lecz i tak z pewną dumą w głosie odrzekła:
— W komnacie panicza codziennie jest rozpalone. A jego odzienie zawsze na niego czeka.
— Ingrid pójdzie do siebie — rzekła jaśnie pani.
Dziewczyna zrobiła rzecz wprost przeciwną. Weszła do salonu i stanęła przy oknie; łkała rozedrgana, nie wiedząc, że ją słychać.
Niecierpliwie otarła łzy z oczu, by móc widzieć zaśnieżoną polanę przed domem. Jeśli nie będzie płakać, nic jej nie umknie w ostrym blasku księżyca. I nadszedł.
— Tam, tam — wołała do jaśnie pani. — To on, idzie szybko, biegnie! Proszę podejść i zobaczyć.
Radczyni usiadła przy kominku. Nie poruszyła się. Siliła się, by usłyszeć, tak jak tamta, żeby zobaczyć.
Prosiła, by dziewczyna zamilkła — chciała usłyszeć, jak wchodzi. Tak, tak, Ingrid już będzie cichutko. Jaśnie pani usłyszy, jak idzie. Mocno chwyciła parapet, jak gdyby to miało jej pomóc.
— Masz być cicho — szeptała do siebie — by jaśnie pani słyszała, jak wchodzi.
Jaśnie pani, pochylona w przód, nasłuchiwała całą duszą. Czyżby słyszała już jego kroki na podwórzu? Ingrid wiedziała, że jaśnie pani nie przejdzie nawet przez myśl, by on mógł wejść inaczej niż przez kuchenne drzwi. Czy słyszy teraz, że skrzypią główne schody? Że otwierają się drzwi do dużej sieni? Słyszy, jak prędko wspina się na górę? Po dwa, trzy stopnie! Czy jego matka to słyszy? Nie były to powłóczyste, chłopskie kroki, jak wtedy, gdy wychodził.