Brzmiały wręcz nieco groźnie, gdy zbliżał się do drzwi salonu. Z pewnością obie wydałyby okrzyk zgrozy, gdyby nagle wszedł.

Ale on zawrócił i ruszył do swego pokoju.

Radczyni opadła na fotel i zamknęła oczy. Ingrid przyszło na myśl, że jaśnie pani chciałaby teraz umrzeć.

Nie otwierając oczu, wyciągnęła rękę. Ingrid podeszła i chwyciła dłoń, a radczyni przygarnęła dziewczynę do siebie.

— Mignon, Mignon — powiedziała — jednak to było właściwe imię.

— Nie — mówiła dalej. — Teraz nie czas na łzy. Nie mówmy już o tym. Weź taboret i usiądź przy ogniu! Musimy się uspokoić. Porozmawiajmy o czymś innym. Powinnyśmy być opanowane, gdy do nas przyjdzie.

Hede wszedł po półgodzinie. Herbata stała już na stoliku, a w żyrandolu płonęły świece. Rzeczywiście był przebrany — wyglądał jak panicz. Ingrid i radczyni mocno ścisnęły dłonie jedna drugiej.

Przećwiczyły, jak się zachować, gdy wkroczy. Według jaśnie pani nie sposób było wyobrazić sobie, co on powie czy zrobi. Zawsze był nieobliczalny. W każdym razie we dwie będą całkowicie spokojne.

Ingrid faktycznie się uspokoiła. Ogarnęło ją poczucie niezmiernej błogości, a to ukoiło lęki. Była jak ktoś, kto unosi się ku cudowności niebios. Beztroska leżała w ramionach aniołów, a te niosły ją coraz wyżej i wyżej.

Na twarzy Hedego nie było widać zmieszania.