Siedział, lamentując nad swoją marnością, kiedy miłość już pukała do drzwi. Oto, gdy wróci do życia, ludzie nie tylko będą go znosić. Nie tylko przestaną się z niego naśmiewać.

Tu była ta, która go kochała i za nim tęskniła. Mówiła do niego surowo, lecz on w każdym jej słowie usłyszał drżenie miłości. Wydało mu się, że daje mu tron i całe królestwo.

Opowiedziała mu, jak, będąc szaleńcem, uratował jej życie. Obudził ją niemal umarłą, wyniósł z grobu i ochronił. Lecz jej to nie wystarczyło. Pragnęła go mieć dla siebie.

Ucałowała go, a on poczuł, jak cudowny balsam rozlewa się po jego duszy; nie śmiał jeszcze uwierzyć, że to miłość prowadzi dziewczynę. Jednak w jej złość i jej łzy nie wątpił. Był kochany — on, nędzny, straszny człowiek, on, biedna poczwara.

Wobec tej czułej rozkoszy, rozbudzonej w sercu Hedego, rozwiały się ostatnie ciemności. Podniosła się ciężka, szeleszcząca zasłona — teraz zobaczył wyraźnie królestwo strachu, przez które wędrował. Lecz tam, w tym mrocznym świecie, spotkał także Ingrid, tam wyjął ją z grobu, tam dla niej grał w leśnym szałasie. To tam ona robiła wszystko, by go uzdrowić.

Nie tylko we wspomnieniach do niego przychodziła. W tym samym czasie budziły się uczucia, podobne do tych, które ona wcześniej mu wyznawała. Serce wypełniła mu miłość. Dotknęło go żarliwe pragnienie, to samo, które poczuł przed kościołem w Råglandzie, kiedy mu ją odebrano.

W krainie przerażenia, na wielkiej pustyni, rósł jedyny kwiat, który go pocieszał wonią i kolorem. A teraz poczuł, że miłość będzie trwała. Dzika, pustynna roślina dała się przenieść do ogrodu życia, tu zapuściła korzenie, rozkwitła. I gdy tylko to poczuł, wiedział — jest uratowany, ciemność została pokonana.

Ingrid zamilkła. Była zmęczona jak po ciężkiej pracy, ale też spokojna, jakby wykonała ją w najlepszy możliwy sposób. Wiedziała, że odniosła zwycięstwo.

Wreszcie Hede przerwał tę ciszę.

— Obiecuję ci, że teraz to zniosę.