— Już lepiej znów oszaleć. Słyszę, jak wołają i widzę tam siebie. I jest tam strach, nieskończony lęk.

Wreszcie Ingrid straciła cierpliwość.

— Owszem, masz rację — krzyknęła. — Oszalej ponownie! Jakież to typowe dla mężczyzny: lepiej być szaleńcem, wtedy lęki cię ominą.

Gryzła teraz wargi, walczyła ze łzami, a że żadne słowa nie przychodziły jej do głowy, chwyciła go za ramię i mocno nim potrząsnęła.

Była rozgoryczona, trzęsła się z wściekłości, bo znowu jej się wymykał, bo nie chciał zawalczyć o siebie.

— Co cię obchodzę ja, co cię obchodzi matka? Oszalej sobie, będziesz miał święty spokój!

Jeszcze raz mocno nim potrząsnęła.

— „Żeby nie musieć się bać”, powiadasz. Ale nie boi się ta, która czekała na ciebie przez całe swoje życie, a ty nie przychodziłeś! Gdybyś miał serce dla kogoś poza sobą samym, stanąłbyś do walki ze złem, byłbyś zdrowy. Ale ty dla nikogo nie masz serca. W wizjach i w snach potrafisz przychodzić i wzruszająco prosić mnie o pomoc, ale w rzeczywistości jej nie chcesz. Roisz sobie, że twoje cierpienie jest największe na świecie. Ale są też inni, a ich los jest o wiele cięższy.

Wreszcie Hede podniósł wzrok i spojrzał jej głęboko w oczy. W tym momencie nie wyglądała zbyt ładnie. Łzy lały się strumieniami, a usta drżały od słów, które chciały przedrzeć się przez szloch.

Lecz jemu wydała się piękna w tej wściekłości. Spłynął na niego dziwny spokój i wielka, łagodna wdzięczność. Coś wspaniałego spotkało go w chwili jego upadku. To musi być miłość, wielka miłość.