— Ależ możesz.

— Nikt nie zapomni — szlochał. — Byłem taki straszny. Nikt mnie nie polubi.

— Ja ciebie lubię.

Niepewnie uniósł głowę.

— Pocałowałaś mnie, żebym nie oszalał. Ty mi współczujesz.

— Jeszcze raz cię pocałuję.

— Mówisz tak tylko dlatego, żebym to usłyszał.

— Chcesz usłyszeć, że ktoś cię lubi?

— Czy chcę? Boże, czy tego chcę? Ach, dziecino... — Wyrwał się z jej uścisku. — Jak znieść to, kiedy wiem, że każdy na mój widok pomyśli: „Ten był obłąkańcem. Kłaniał się psom i kotom”.

Znowu się załamał. Leżał, płacząc w dłonie.