Wstrzymał na chwilę oddech. Mrok zbliżał się ku niemu niczym wezwany zbawiciel. Sunął w jego stronę, jak nadciąga mgła. Na usta wpełzł słaby uśmiech. Czuł, jak rozluźniają się mięśnie, jak powraca spojrzenie szaleńca.
Tak było jednak lepiej. Tego drugiego nie sposób wytrzymać. Wytykany, wyśmiewany, wzgardzony, obłąkany! Nie, lepiej popaść na powrót w stan szaleństwa i o tym nie wiedzieć. Po co mu znów jego życie? Wszyscy go nienawidzą.
Ciemność owinęła go pierwszym, lekkim rąbkiem zasłony.
Ingrid słuchała tych lamentów, zdając sobie sprawę, że zaraz wszystko znów będzie stracone. Dobrze wiedziała, że obłąkanie porwie go ponownie.
Stała tak, bezgranicznie przerażona, odwaga ją opuściła. Lecz zanim Hede znów oszaleje i będzie bał się tak, że nie pozwoli nikomu się do siebie zbliżyć, chciała przynajmniej pożegnać i jego, i swoje szczęście.
Hede poczuł, jak Ingrid podchodzi, klęka obok niego, kładzie mu rękę na karku, przytula twarz do jego policzka i go całuje.
Nie cofnęła się przed nim, szaleńcem, nie cofnęła się przed pocałunkiem!
Usłyszał w mroku coś jakby lekki szelest. Rozwiewające się opary odsłoniły wężowe głowy, zwrócone w jego stronę; gady syczały z wściekłości, że nie dane im było go ugryźć.
— Nie martw się zanadto! — odezwała się Ingrid — Nie martw się. Nikt nie myśli o tamtym. Obyś tylko wyzdrowiał!
— Chcę znowu oszaleć — powiedział. — Nie mogę tego znieść. Nie mogę nie myśleć o tym, jaki byłem.