— Tak, najbardziej kóz.

Cały czas Hede trzymał mocno jej rękę. Teraz ją puścił i z całej siły odepchnął. Odwrócił się od Ingrid, wściekły, jak gdyby perfidnie rzuciła mu w oczy oszczerstwo.

Lecz to uczucie ustąpiło miejsca innemu, które wzburzyło go jeszcze bardziej. Wyraźnie, jakby żywy obraz, stanął mu przed oczami wysoki Dalarczyk, zgięty pod wielkim worem. Zamierza wejść do chałupy, ale dopada go mały, żałosny piesek. Mężczyzna przystaje, kłania się wielokrotnie, bojąc się wejść, aż wychodzi chłop i ze śmiechem odgania zwierzę.

Gdy to zobaczył, powrócił przeraźliwy lęk.

Strach spowodował, że wizja zniknęła, ale teraz nadeszły głosy. Ludzie krzyczą i wołają dokoła. Słychać śmiechy, rozbrzmiewają wyzwiska. Donośne wrzaski dzieci przerażają najbardziej. Jedno słowo, imię, ciągle powraca — wykrzykują je, wołają, szepczą, syczą mu do ucha: „Kozioł! Kozioł!”.

A wszystko to dotyczy jego, Gunnara Hedego! W tym żył. Będąc przy zdrowych zmysłach, poczuł ten sam niewypowiedziany strach, którego doświadczył w szaleństwie. Lecz nie był to już lęk przed obcymi — teraz bał się samego siebie.

— To ja. To byłem ja — powiedział, załamując ręce. Po chwili ukląkł obok ławeczki i oparłszy się o nią, zapłakał.

— To byłem ja! — wył i szlochał. — To byłem ja!

Czy będzie miał odwagę, by udźwignąć te myśli? Udręczony, wyśmiany głupek!

— Chcę znów oszaleć! — Mocno uderzył o ławkę. — Człowiek tego nie zniesie.