Zakopane jest to miano wsi i doliny w Tatrach, idącej w tymże kierunku co Dolina Kościeliska. Przedziela je Giewont i pasmo wzgórz, o których mówiłem wyżej. Dolina ta nie jest tak wdzięczną jak Kościeliska, obejmuje jednak przedmioty godne widzenia. Z niej wypływa Biały Dunajec409, jak Czarny z Kościeliskiej. W jej obrębie znajdują się najobfitsze w tej okolicy rudy żelazne.

Chociaż pora roku spóźniona obsypała już śniegiem góry, skorzystałem jednak z pewnej sposobności i pojechałem do Zakopanego, aby raz jeszcze zbliżyć się do głębi Tatrów.

Jasny był poranek, w którym wyszliśmy na zwiedzenie doliny. Mróz nocny, kilkunastostopniowy, gwałtownie malał z podnoszącym się słońcem. Ziemia przyprószona była płytkim śniegiem. Biały Dunajec obficiej tu płynie i okazalej niż Czarny przy swoim źródle, z kamienia o kamień się rozbija. Cała dolina, szczególnie przy brzegach Dunajca, zawalona głazami, które woda ogładza i wyrzuca, nim je zabierze w następnej powodzi i dalej poniesie. Głazy te słyną szczególnie z mchu czerwonego, amarantowego. Jest on prawie niewidzialny gołym okiem, głaz pod nim wydaje się jak powleczony czerwoną barwą; potarty bielizną żółty ślad na niej zostawia. Pachnie jak fiołek, a zwłaszcza podczas pięknych letnich poranków. Mówiono mi, że kamień tak omszały trzymany w izbie wydaje z siebie ten zapach bardzo długo.

Szliśmy ku źródłu Dunajca jego brzegiem. Przy drodze mieliśmy piękną polanę Kalatówkę410, otoczoną wysokimi górami, dalej bijący w oczy ogrom różnokształtnych opok, który jak wieniec otacza wzniosłą górę i zowie się: Zakopiański Zamek411. Z podnóża jego posady wypływa Biały Dunajec wodospadem czterosążniowej wysokości. W lecie uroczy ma przedstawiać widok ta woda, bijąca po omszałych kamieniach i biała od wiecznej piany, w zimie wybucha cokolwiek niżej i mniej gwałtownie.

Pierwszym i głównym stanowiskiem w dolinie jest hamernia, czyli kuźnia żelaza, przy której leżą domy mieszkalne, a między nimi dom samegoż właściciela tej okolicy. Z tego punktu rozpoczęliśmy naszą wycieczkę, której ostatecznym kresem miała być ruda żelazna, skąd biorą materiał surowy do hamerni. Ta ruda, czyli kopalnia albo jeszcze inaczej w tutejszym języku „bania”, leży o dwie godziny drogi od hamerni, w grzbiecie góry zwanej Magura412.

Droga do bań przestronna, dobrze utrzymana, ale tak stromo zawinięta wokoło góry (bo rudy leżą pod samymi szczytami), że wozom przewożącym rudę żelazną do hamerni zdejmują zadnie koła, a i to jeszcze nie może przeszkodzić, aby konie nie zlatywały w całym pędzie aż na miejsce mniej spadziste.

Wewnętrzny widok bań ma w sobie coś smutnie zajmującego. Ci ludzie z dziką, wybladłą twarzą, albo snujący się po licznie rozgałęzionych podziemiach, to z żelaznymi w rękach kagańcami, to z taczkami skrzypiącymi, albo z ciężkimi młotami pastwiący się jak złośliwe istoty nad łonem ziemi-matki. Te mdłe gwiazdki kagańców płonące tu wprost, tam w górze o kilkadziesiąt sążni, tam w dole w takiejże głębokości, albo biegnące z taczkami jak błędne ognie cmentarza. Zresztą ta ciemność, ta cisza, ta sfera całkiem grobowa przenoszą myśl w jakąś dziedzinę fantazji dzikiej, czarnej, nieludzkiej, a nie anielskiej.

Szesnastu ludzi pracuje w tej bani od niedzieli do piątku. Sobota jest dniem odpoczynku. Jest nawet wiara między górnikami, że tego, kto by odważył się pracować tego dnia w bani, duch opiekujący się nimi skarałby jakimś wielkim nieszczęściem, a nawet zawaleniem całej bani.

Zresztą banie te obfitują w źródła bardzo dobre. Górnicy wychodzą na noc z bani i mają szałas, gdzie odpoczywają. Stoi on pod nawisłą górą i wytrzymuje częste szturmy to lawin, to kamieni pękających od mrozu i toczących się na dół. Mają swojego naczelnika spomiędzy siebie, który surowo karze wszelkie przestępstwa łopatką umyślnie po to sporządzoną. Uderzeniem tej łopatki poświęcają także pierwszy raz zwiedzających te banie.

Nie mieliśmy dosyć czasu, by wejść na okazały skalisty szczyt Magury, musieliśmy poprzestać na niższym jej grzbiecie. Śnieg, spadły tam przed kilkoma już tygodniami, grubo leżał i w lód prawie stwardniał. Otaczał nas widok niezmiernie rozległy i piękny — na północ, wschód i południe.