Stąd mi pokazano i widziałem, ale w wielkiej odległości, Gąsienicowe Stawy. Leżą one cokolwiek niżej jak Pięciostawy, ale jeden z nich jest tak wielki413 jak Morskie Oko i na środku ma wyspę. Z tego jeziora wypływa potok, który wpada do Dunajca pod Poroninem. Miejsce to, bliskie na pozór, leżało od nas, jak mi mówiono, o półtorej mili najmniej, pomiędzy górami414 tak nagimi, jak są góry wokoło Pięciostawów.

O Magurze, na której byliśmy, to mi jeszcze powiadano, że w lecie przylatują tu ptaszki do kanarków bardzo podobne i ze śpiewem podobnym. My widzieliśmy dzisiaj tylko mech i kamyki, które pękały pod mrozem na wyższych szczytach i staczały się pod nogi nasze.

Zwiedzanie bań zakopiańskich naprowadziło mnie na myśl, której sobie rozjaśnić nie umiem, dlatego zapisuję ją tutaj. Zdaje mi się godne uwagi, że we Francji zowią się podobnie (bagnes415) miejsca surowej kary, po naszemu galery, i że niektóre obyczaje naszych bań są te same co między francuskimi galernikami. I tam, jak tutaj, sobota jest dniem świątecznym. Wiadomo także, że przybywający do galer musi uznać władzę, którą galernicy mianują wśród siebie, a czemu odpowiada w tutejszych baniach zwyczaj uderzenia łopatką zwiedzających je po raz pierwszy. Skąd te podobieństwa? Warto by się nad tym zastanowić.

Na Kluczkach. Pożegnanie się z górami

Zima powraca, opanowała już Tatry, zasiadła znowu na nich, jak na odwiecznej swojej stolicy, i rozszerza dokoła swój podbój, z którego na chwilę ustąpić musiała. Lato cofa się, a z nim wdzięk życia i życie samo tych okolic. Mnie także los mój pędzi w inne strony. Wkrótce znajdę się w innym świecie, sferze innego życia. Będzie ono zapewne silniejsze na zewnątrz, gwarniejsze, więcej mnie zaprzątnie, bardziej czas mi zajmie — ale czy znajdę w nim tę swobodę, tę błogość, tę pełnię uczuć, tę jasność myśli, to zadowolenie wewnętrzne, co tak szybko posuwa łódkę naszej żeglugi ziemskiej, dmąc tak łagodnie w żagle życia? Czy znajdę tam, co tu tracę, czy mi się wróci kiedy, co tu tracę? Czy wrócę jeszcze kiedy w te strony, gdziem znalazł tyle miłości w tych drzewach, głazach, dolinach, górach, wodach, ruinach, a nawet ludziach, w blasku słonecznym tych dni, w gwiazdkach tych nocy, w bełkocie tych potoków, w szumie tych wiatrów i w uroczystej ciszy tych cieni łagodzonych gwiazdami na niebie, a na ziemi świecącymi robaczkami, gdziem i ja rozlał tyle miłości, włożył w każdy przedmiot tyle uczuć serdecznych, powierzył tyle rzewnych myśli tym wiatrom w różne strony do serc różnych? Znajdęż się tu jeszcze kiedy jak przyjaciel wśród przyjaciół? Będęż tu z dzisiejszą wzajemną miłością poznany, powitany, przyjęty? Uśmiechnież mi się jeszcze przyjazne oblicze tej okolicy? Obejmież mnie choć raz jeszcze w życiu to powietrze swoją miłością macierzyńską?

Dokoła widok niezmierny — zachwycałem się nim niedawno — ale jak inny dzisiaj! Tatry wyglądają spod chmur zimowych dziko i groźnie. Lasy żółcieją i czernieją barwą późnej jesieni. Powietrze przeszywa podmuchami przykrego chłodu. Obok mnie szałas pusty, niemy, nie tak, jak było kilka tygodni temu. Spozieram dokoła — ogrom nieogarniony wzrokiem, a ja wśród tego ogromu — sam! „Świat wielki, a nie ma się gdzie pomieścić!” powiada nasze przysłowie. O, jak ta prawda przypada do obecnego mojego stanu! „Ptak ma swoje gniazdo, liszka swoją jamę, a syn człowieczy nie ma, gdzie by głowę swoją mógł przykłonić!”416 — wyrzekł Chrystus. Nigdy mocniej nie poczułem tych słów rozdzierającej boleści, najgłębszej skargi, najstraszniejszego wyrzutu, jaki temu światu kiedykolwiek zrobiono. Tak jest! Nie ma gdzie głowy swojej skłonić syn człowieczy, skoro nie znajdzie piersi z prawdziwą, czystą, wyższą miłością, jaką znalazł Chrystus u jednego swojego ucznia417. Ale jakże ją mam znaleźć?

Szukam jej w przeszłości, szukam w teraźniejszości, szukam w przyszłości... Podnosi się w duszy poranek mojego życia. Zawiewa mnie jego powietrze. Widzę wioskę wołyńską, ustronną, skrytą w lasach, mój domek rodzinny, niedaleko pod lasem mogiłki wiejskie. Stała tam kiedyś cerkiew. Splamiło ją jakieś świętokradztwo, gniew boży dotknął to miejsce i cerkiew zapadła się pod ziemię z całym ludem, który ją napełniał, w sam dzień Wielkiej Nocy, podczas nabożeństwa. Nie zginęła jednak bez śladu i nadziei. Przyłóż w tym miejscu ucho do ziemi, w ten sam dzień, o tej samej porze, a usłyszysz dzwony podziemne. Tak lud twierdził i wierzył. Wierzyłem z ludem i wierzę. Biegłem po kryjomu na cmentarz, przykładałem ucho do mogił, badając, czy nie usłyszę dzwonów zmartwychwstania.

Dziś to samo robię — tylko żem starszy o lat dwadzieścia i głuchszy wewnętrznym słuchem; tylko że tą mogiłą jest ogrom góry, na której stoję, a tym cmentarzem świat, co mnie otacza.

Zimny wiatr powiał, dreszcz przebiegł po ciele. To przyszłość, to życie w czynności po życiu w modlitwie, to atmosfera nizin ludzkości. Cóż robić! Schodźmy na dół, trzymając statecznie, cośmy wzięli na górze.

Dodatek