Linia Tatrów, widziana z okolic Nowego Targu, ma kierunek od wschodu na zachód, ukośny cokolwiek ku północy od strony zachodniej.
Nie śmiem oznaczyć ze ścisłością rozmiarów jej długości i szerokości; powiadano mi, że długość może wynosić do piętnastu mil, a szerokość największa około sześciu mil.
Najwyższą częścią Tatrów jest strona ich wschodnia — zarazem i najdziksza na całej szerokości aż do płaszczyzn na przeciwnej stronie węgierskiej. Górują nad wszystkimi szczytami Łomnica, czyli Krępak, wyniesiony nad powierzchnią morza 8000 z górą stóp, i Krywań niższy od Łomnicy więcej niż o stóp 1000.
Oba te szczyty pokazywano mi dzisiaj, wszakże zdaniem innych nie są one widoczne z Galicji, tylko ze wsi zwanej Ząb Suchy133, przyległej do Kościeliska134. Wszakże z tym zgadzają się wszyscy, że się przedstawiają najpiękniej i najokazalej patrzącemu od Kieżmarku135 na Węgrzech, bo z tej strony podnoszą się od razu z płaszczyzny, bez żadnych prawie przedgórzy; z tamtej takoż strony jedynie można wejść na Łomnicę, wejście z innych stron niepodobne. Tamtą drogą następca dzisiejszy tronu cesarskiego w Austrii doszedł do samego wierzchołka, na pamiątkę czego postawiono krzyż na Łomnicy.
Oprócz tych dwóch szczytów, bielejących już wiecznym śniegiem i lodem, niepoliczona jest liczba wierzchołków mniejszych, między którymi wiele to lodowce w całym znaczeniu tego wyrazu. Dosyć jest policzyć szczyty, które tworzą grzebień Tatrów odrysowany na widnokręgu, a co dopiero niższe od nich z tej strony albo leżące na ziemi od Węgier!
Piszę, co mi powiadają albo o czym z pierwszego wejrzenia sam sądzić mogę. Może w tym nie ma ścisłej prawdy, ale mam przekonanie, że nie ma także istotnego zboczenia od niej. Zresztą podaję tylko to, co można mniej więcej sprawdzić samym wzrokiem.
Giewont136, dzielący dolinę Zakopanego137 od Kościeliskiej138, jest w łańcuchu przedniej straży Tatrów ostatnim z owych szczytów wyższych i nagich, odznaczających wschodnią ich połowę. Jest punktem granicznym, od którego zaczyna się połowa druga, zachodnia. Szczyty tego szeregu są już coraz niższe — aż do Wagu. Przebijają się jeszcze i tutaj nagie i śnieżne wierzchołki, ale tłem całości jest już barwa życia, jego wdzięk. Zaokrąglenia gór łagodniejsze, lasy świeże lub trawy bujne, przestronniejsze doliny, cichsze wody, bardziej umiarkowane powietrze. Tatry, rozważane jako te dwie połowy, wydają mi się małżeńską parą, gdzie jedno obdarzone jest okazałością, siłą, niszczącą mocą, przymiotami dzikiego męża, a drugie jest niewiastą rodną, z całą jej łagodnością i ujmującym wdziękiem. Geografia miejscowa nadaje nawet nazwę „Mátra”139 tym górom, co może nie jest tak dowolne i nowe, jak by się zdawało, skoro zważymy, że przed wiekami naznaczono tu miejsce tak zwanym babim górom.
Dalsze przeciągnięcie tego łańcucha pograniczem Węgier i Moraw140 ku Austrii zowią tu „Fatrą”141. Nie widziałem ich dzisiaj z miejsca, z którego oglądałem Tatry.
Patrząc na Tatry tak rozłożone przede mną, przeskakiwałem myślą ową przestrzeń kilkomilową, która mnie od nich dzieliła, i widziałem, jak bym był cały na miejscu, te szczyty tak ostre, że ledwo się na nich spojrzenie zaczepi. To są milowe może płaszczyzny. Te garby rozsiadłe są najeżone krociami skał ostrych, niedostępnych. Te ciemne pręgi w różnych kierunkach, jak żyłki marmuru, to są wielomilowe doliny, wąwozy, rozdoły, niezgłębione parowy, przepaście, do których dalekie tylko spojrzenie dolecieć może. A między nimi świat spojrzeniu niedostępny, myśli ludzkiej nawet nieznany, świat osobny, różny od wszystkiego, co wiemy, świat zimy, zgrozy, martwoty, zamknięty kołem trudów i niebezpieczeństw nad wszelkie siły ludzkie, nad wszelką ludzką odwagę.
Nie tracę jednak nadziei dotknąć bliżej tego wszystkiego, ale to tak prędko nastąpić nie może. Od połowy września — a nawet wcześniej, do większej połowy czerwca — głębia Tatrów zasypana jest takimi śniegami, obwarowana powietrzem tak zimnym, że najbardziej zapalony miłośnik przyrody, z całą swoją odwagą i wytrwałością, musiałby się z nich wycofać. Co chwila zagrożony jest śmiercią albo w otchłani śniegu pod lawinami, albo w objęciach mrozu. A tymczasem dokoła mnie rozwija się pełna wiosna, ciepło coraz mocniej dogrzewa. Dokoła pogoda, zieloność, kwiaty, szum wody swobodnej. U samego nawet podnóża lodowców ciemnieją wzgórza umajone puszczami świerków i zielonymi polanami... Cóż stąd? Trzeba czekać. Czekajmy!