Podhale. Wieś Łopuszna

Ponieważ nie możemy puścić się dalej, obeznajmy się nasamprzód142 z tym, co nas najbliżej otacza.

Wieś Łopuszna leży w połowie prawie drogi między Czorsztynem i Nowym Targiem, nad brzegiem Dunajca, przepływa przez nią także potok tejże co i wieś nazwy143.

Wieś dosyć wielka, skupiona w części największej ku Dunajcowi, w części rozsypana pojedynczymi chatami po górach, które się natychmiast od wsi zaczynają i rosną stopniami do niepospolitej wysokości. Góry te są na północy wsi i wchodzą w skład pasma, które osłania całą północną stronę nowotarskiej doliny. Widok w tym kierunku zamknięty jest górami bliskimi i krótki w porównaniu do widoku na południe i zachód. Na południu olbrzymie grono Tatrów, na zachodzie takoż góry o wiele razy odleglejsze niż Tatry, niższe od nich, ale uwieńczone wysokościami Babiej Góry i Żywca144.

Wieś Łopuszna jest własnością obszerną. Grunta jej w niektórych kierunkach rozciągają się do dwóch godzin drogi. W górnej części prześliczne lasy, odwieczne, pełne drzew wszelkiego rodzaju — mianowicie buków, jaworów itp. Między lasami liczne polany. Partia dolna to płaszczyzna naga, w części nieprzydatna na nic prócz moczarów i torfów, a nawet miejsca uprawiane z wielkim trudem skąpo wracają nakład pracy. Rolnictwo zatem jest tu rzeczą podrzędną, zysk z niego prawie żaden. Najważniejszym jego przedmiotem owies i ziemniaki. To samo na całym Podhalu. Głównym dochodem dziedzica podobnej wioski jest wynajmowanie polan na wypas trzód i pędzenie wódki. Właściciel Łopusznej ma także gorzelnię. Mimo tych wszystkich niedogodności, mimo ziemi nieurodzajnej, pańszczyzny małej, czynszów także niewielkich, mimo podatków najbardziej uciążliwych można tu przy dobrym zarządzie i roztropnej oszczędności prowadzić życie wygodne, a nawet składać kapitał. Moi gospodarze należą właśnie do tej liczby rządnych145 i dostatnich właścicieli. Życie domowe skromne, ale zaspakaja dostatecznie konieczne potrzeby człowieka — nie ma w nim zbytku, nie ma wykwintności, ale nie widzisz niedostatku, nie czujesz braku czegokolwiek.

Dom drewniany w stylu rodzinnym wszystkich naszych dworów szlacheckich — obszerny, porządnie i mocno postawiony, przyozdobiony krytym gankiem, jak wszystkie nasze ganki, a na nim boczne ławki do siedzenia, jak to wszędzie u nas widzimy. Mieści wygodnie całą rodzinę, która oprócz gospodarzy składa się z ojca samej pani Tetmajerowej146, żyjącego jeszcze, trojga dziatek147 i krewnej panny.

Przed domem dziedziniec przestronny, mający po lewej stronie drugi domek mniejszy, czyli oficynkę (gdzie znajduje się kuchnia i mieszkanie służących), z prawej osłonięty budowlami gospodarskimi.

Dom ocieniają z przodu i boków piękne jesiony. Z tyłu ogród — niewielki, ale dosyć starannie utrzymany. Zdobi go nawet aleja świerkowa, bardzo cienista, miła do przechadzki, zwłaszcza podczas upału. Tuż pod ogrodem bieżąca woda, a nieopodal, w jednym z kątów ogrodu chatka, rodzaj altany ogrodowej — pozioma, niewielka, o jednym pokoiku i sionkach, ale ustronna, samotna, bardzo dla mnie ponętna. Patrzy ona jednym ze swoich okienek na północne góry i ma niepospolicie ładny widok, patrzy więc nań ciągle, a zarazem słucha szumu niedalekiej wody, co się bystro przewala przez kamienie, które ją chcą zatrzymać. Ta chatka mnie jest oddana, w niej odtąd mieści się moja główna kwatera. Dziękuję moim gospodarzom; nie mogli mi w lepszy sposób okazać swojej dla mnie dobroci. Jestem z niej rad jak zdobywca z nowo podbitego kraju, bardziej rad nawet. Dobrze mi w niej, dlatego daję jej miejsce w tych zapiskach.

Ale ją opuszczę na chwilę, aby powitać jeszcze jedną budowę, której nie godzi się pominąć. Jest to tutejszy kościółek. Stoi on niedaleko dworu, nad samym Dunajcem. Niepozorny, niewielki, a należy do owych rzadkich pomników religijnych naszego kraju, które z powierzchowności gasną przy olbrzymach gotycyzmu, ale mieszczą w sobie więcej Ducha Świętego niż większa część owych podziwianych gmachów. Jest to tajemnica architektoniczna naszego ludu chrześcijańskiego. Kościółek ten to jeszcze jeden z owych modrzewiowych, które sięgają swoim wiekiem pierwszych czasów chrześcijaństwa w Polsce. A że należy do tej rodziny, świadczy rok 1240, wyżłobiony na jednej z jego belek. Ma on i organy — już je słyszałem.

Szkoda, że nie każdej niedzieli słyszeć je można, bo Łopuszna nie ma stałego proboszcza. A chciałbym częściej je słyszeć — tak błogie zrobiły na mnie wrażenie, tak rzewne, pośród nabożeństwa przy tym ołtarzu skromnym, gdzie przez tyle wieków powtarza się tajemnica boskiej ofiary, wśród tych ścian wątłych, a mocniejszych niż budowa niejednego narodu, w atmosferze modlącego się ducha tego ludu, który kolanem swoim odnawia odwieczne ślady pobożności pradziadów swoich i oddaje się Bogu, jak oni przed wiekami oddawali się w tym samym miejscu.