Dość już późno stanęliśmy w Dolinie Kościeliskiej. Po ciemku wjeżdżaliśmy do niej; tego wieczora nic widzieć nie mogliśmy. Musieliśmy poprzestać na poznaniu karczmy miejscowej. Znaleźliśmy ją porządnie wymurowaną, ale oprócz tego nic albo mało co więcej.
Ranek nie polepszył naszego położenia, a zepsuł nam humor. Pierwsze spojrzenia nasze padły na błoto po nocnym deszczu i na powietrze zasępione mgłą, która się nie różniła od drobnej mżawki. Mimo to wyszliśmy, żeby obejrzeć dolinę, i obeszliśmy jej część najciekawszą. I tej jeszcze chwili nie żałuję. Mimo ścieżek rozmokłych, mimo mgły gęstej, ćmiącej najbliższe nawet przedmioty, a leżącej w miejscach dalszych i w wyższej części gór otaczających dolinę, byliśmy nieraz wzruszeni, zadziwieni, upojeni, porwani urokiem miejsca, którego nie mogła zagasić sama niepogoda. Doszliśmy tak aż do jeziorka zwanego Smerczyn Staw171. Dalsza droga, w najpiękniejszym czasie nie bardzo wygodna, przedstawiała obecnie nieprzyjemność, na którą nie wszyscy z nas narazić się chcieli. Na tym skończyliśmy dzisiaj naszą podróż do Tatrów.
Wróciwszy do karczmy, zostaliśmy zaproszeni przez miejscowego urzędnika na śniadanie. Tam się umysły nasze rozjaśniły. Dla teraźniejszości zapomnieliśmy o przeszłości. W gościnnym urzędniku znaleźliśmy miłego i uprzejmego człowieka, w jego żonie jeszcze milszą kobietę, a równie uprzejmą dla swoich gości. Pożegnaliśmy ich ze szczerą wdzięcznością za ich dobroć, a to nam pomogło opuścić Kościelisko bez żalu do kogo lub czegokolwiek. Przyszło mi to łatwo, bo już na miejscu uknułem plan rychłego powrotu w te strony i miałem pewne przeczucie, że mu nic nie przeszkodzi.
W miarę oddalania się od podnóża Tatrów powietrze się rozjaśniało, słońce dogrzewało; wkrótce znaleźliśmy się wśród pięknej wiosny. Nie był to jednak skutek zmiany czasu, tylko zmiany miejsca. Za nami ta sama chmura mgły leżała ciągle w Tatrach i dolinę w tej chwili może ulewny deszcz chłostał.
Po dwóch lub trzech godzinach jazdy stanęliśmy w Nowym Targu na obiad i pożegnanie moich gości. Była to chwila jedna z najrzewniejszych dla mnie w trakcie mojego tu pobytu. Rozstawałem się z najdawniejszym moim przyjacielem, abyśmy wkrótce znaleźli się o kilkaset mil od siebie i Bóg wie na jak długo. Z tym rzewnym uczuciem, nie bez łez obopólnych, pożegnaliśmy się i w kilka minut byliśmy już na naszych drogach — on ku zachodowi, a ja ku wschodowi.
Z Wielkiej Góry. Góry Tatry. Dzieci góralskie
Całe Tatry białe od śniegu, który tej nocy spadł w górach. Nawet wyższe przedgórza po tej stronie doliny, od północy, pokryte są nim w górnej swojej połowie. Nie ma go całkiem w strefie niższej, koło mnie — przeciwnie, dzień dziwnie piękny i jasny. Dziś widzę najwyraźniej góry zwane tu Fatrami. Leżą one na drugim brzegu Wagu i stanowią jakby odrębne grono od Tatrów.
Z rana obiegłem płaszczyznę ku Węgrom, byłem aż na Cisowej Skale. Dochodząc do niej miałem widok, który mnie mocno zajął. Dokoła pasły się trzody, na spiczastym szczycie kilkunastu pastuszków, dzieci jeszcze — śpiewali i tańczyli. Coś dziwnego było w tym widoku. Ich strój góralski obcisły, krótki, ich guńki spuszczone z rękawów, zapięte tylko pod szyją, ulatujące wśród tańca, ich ruchy szybkie, zwinne, polotne. Wszystko to w blasku podnoszącego się słońca przedstawiło mi jakąś fantastyczną grupę nadpowietrznych tancerzy.
W istocie, dzieci góralskie nie są to nasze zwyczajne, chłopskie dzieci. Natura ziemi rodzinnej, rodzaj życia i zatrudnień rozbudzający silnie wszelkie władze, konieczność fizyczna ciągłego pasowania się z trudami, z niebezpieczeństwami, samo powietrze ostre, ale czyste i lekkie, w końcu pewna swoboda, nieznana wieśniakom innych okolic — sprawiają, że dzieci góralskie szybciej się rozwijają niż inne. W tym drobnym ciałku widzisz już dotykalnie pełny zaród przyszłego Górala, jego dobre i złe własności. Widzisz już w tym chłopięciu taką zręczność, przytomność, śmiałość, taki dowcip, a zarazem taki upór, taką zaciętość, że nie znajdziesz tego w równym stopniu u dzieci z innych okolic.
Słyszałem wiele o tym. Ażeby dać próbkę na przykład ich zręczności, opowiem tylko, jak polują na węże. Sposób wprawdzie prosty, ale wymaga i zręczności, i odwagi. Skoro dzieciak ujrzy węża, rzuca się na niego skokiem rysia i w tymże mgnieniu oka chwyta go dwoma palcami jednej ręki za szyjkę przy samej głowie, a drugą ręką za ogon — i już go ma w swojej mocy. Następnie, żeby go uczynić zupełnie nieszkodliwym, wkłada mu w pyszczek brzeg swojego kapelusza. Jak tylko wąż schwyci go i ściśnie zębami, chłopak jednym szarpnięciem kapelusza wyrywa wężowi zęby i wtedy jest już z nim bezpieczny.