Wszakże i tak dzisiejszy wieczór nie był dla mnie stracony. Leśniczostwo leży na samym już wejściu do Tatrów najwyższych, w miejscu bardzo wyniosłym, wesołym i pięknym. Pogoda, ustalająca się, spędziła z niebios i gór najmniejsze chmurki; pełny księżyc świecił całym blaskiem. Tatry stały tuż przede mną, w takiej bliskości, w jakiej nie widziałem ich jeszcze dotąd. Niedaleko szumiała Białka w głębokiej dolinie. Jednym słowem, wieczór ten przeszedł mi jak najmilej, dopóki sen nie nadszedł.

Wołoszyn308. Roztok309 potok. Siklawa Woda310. Wodospad. Pięciostawy jeziora. Świstowa Góra311. Morskie Oko

Ze wschodem słońca ruszyliśmy dalej drogą wygodną, przestronną, urządzoną i utrzymywaną kosztem właściciela tych okolic, p. Homolacza, która się poczyna od Nowego Targu, a przechodzi przez wsie Biały Dunajec312i Poronin313, leśniczostwo bukowińskie, aż do Morskiego Oka. Droga ta jest utrzymana, jak tylko być może najlepiej tam, gdzie jedna ulewa rozburza najmocniejsze kamienne dzieła.

Śliczny poranek spełnił przepowiednie wczorajszego wieczora. Pogoda na cały dzień pewna. Olbrzymia gromada nagich szczytów wydawała się jak skąpana w świetle i świeżości. Tylko groźniejsze od innych lodowce błyszczały wiecznym śniegiem.

Kto choć raz w życiu nie oddychał górskim, polskim powietrzem, kto go nie skosztował z przyprawą świeżości porannej, ten nigdy nie pojmie tej tajemniczej, błogosławionej władzy, jaką góry wywierają na wszystkie zmysły, uczucia, na całą istotę człowieka. Zdaje się, że przyroda rozkochana we wdziękach Boga, weselsza tutaj niż gdzie indziej, swobodniejsza, udziela swojego szczęścia każdemu, co na równi z nią Boga czuć potrafi.

Jechałem w ciągłym zachwyceniu. Las świerkowy stale prawie towarzyszył naszej drodze. Niekiedy uchylał się, a wówczas witała nas z boku jakaś rozkoszna dolina, jakaś góra naga w swojej wysokości od stóp aż do szczytu. Czasem błysnęła Białka grająca wiecznym szumem, głuchym jak z przepaści. Tak minęliśmy Niebieską Dolinę314, polany: Głodową315 i Klimkówkę316. Droga wciąż prawie spuszczała się ku dołowi. Naraz znaleźliśmy się na polanie zwanej Łysą317 przy brzegu Białki, u stóp Wołoszyna. Dokoła jeżyły się Tatry, w niższej połowie świerkami ocienione, wyżej ciemne plączącą się kosodrzewiną, a jeszcze wyżej nagie. Wstąpiłem tam do gmachu, do którego przez sen oddalenia tak długo tęskniłem!

Nagi Wołoszyn, zaledwie nędzną murawą i mchem przystrojony, z głową przyprószoną śniegiem, stał tu jak odźwierny.

Spojrzałem dokoła! Setne wąwozy rozbiegały się w różnych kierunkach, pomiędzy góry rozmaitego składu, rozmaitej formy i wysokości. Z każdego wybiegał potok i zapraszał do siebie, obiecywał przewodzić do tajemnic, których świadomość on sam tylko posiada. Ale lat potrzeba, żeby wszystko obejrzeć w tobie, olbrzymi grodzie przez samego Twórcę zbudowany! I poświęciłbym lata, przebłąkałbym lata wśród ciebie, gdyby to od mojej woli zależało!

Od Łysej Polany droga zwracała się nieznacznie ku zachodowi, wciąż nad Białką, wciąż pod skałami i lasami, gdzie jeszcze przed kilkoma laty było gniazdo zbójców. Przeszliśmy dolinę i potok Wołoszyn318, który jest jedną z wód zwanych cieplicami, bowiem w czasie najtęższej zimy nie zamarza. Około godziny dziesiątej zatrzymaliśmy się na posiłek. Kto się wybiera w góry, nie powinien zaniedbywać dobrego zapasu żywności. Trudno sobie wyobrazić, jak powietrze górskie i woda trawią dzielnie i budzą łaknienie. Miejsce, gdzieśmy popasali, była to mała równinka. Za Białką, na uboczu góry leżała polana Białowoda319. Na południe szła droga ku Morskiemu Oku, od zachodu mieliśmy Dolinę Roztok z potokiem o tej nazwie, który wypływa z Pięciu Stawów i wpada do Białki tuż przy naszych nogach. On właśnie miał nas prowadzić do swoich źródeł. Żadnej drogi w to miejsce — dolina wąska i głęboka na kilkaset sążni320, jej boki spadziste aż do samego potoku, łoże podnoszące się za każdym krokiem. Ścieżka, z początku zwłaszcza, nadzwyczaj stroma, bo ani się spostrzegliśmy, że się znajdujemy na wysokości, na jakiej dotąd nie byłem — przy granicy już, która dzieli państwo świerków od państwa kosodrzewiny, w strefie wiecznych zjawisk najokropniejszej burzy letniej i zimowej. Około pół godziny drapaliśmy się pod górę wydającą się pagórkiem kilkunastu kroków przy ogromie mas dokoła siedzących. Cała jej powierzchnia naszpikowana kamieniami, okryta grubą mchów powłoką, która żywi gęste krzewy borówek, najpiękniejszych truskawek i poziomek. Między szczelinami kamieni przyjmowały się jeszcze gęsto świerki. Z nagiego grzbietu, na któryśmy wyszli, pokazano nam na niezmiernej wysokości dwie dzikie kozy. Gołemu oku wydawały się one, na tle nagich głazów, jak dwie czerwonawe plamki; dopiero przy pomocy perspektywy rozpoznaliśmy, że się jedna pasła, a druga leżała. Nasz przewodnik z tego powodu opowiadał nam o polowaniu na to zwierzę. W tym np. miejscu, któreśmy przed oczyma mieli, strzelcy rozstawiają się w wiadomych sobie przesmykach, u podnóża góry lub na jej uboczu. Jeden idzie grzbietami i spuszcza ciągle kamienie. Kamień, niczym niezatrzymany z powodu nadzwyczajnej gór spadzistości, stacza się aż do dołu i płoszy kozy. Tak spłoszone uciekają i trafiają na strzelców. Patrząc na te góry, ledwo wierzyć można, żeby je kiedykolwiek ludzka stopa dotknęła. Strzelcy jednak biegają po nich jak po równinie, a to może dać wyobrażenie o nadzwyczajnej odwadze i zręczności Górali.

Jest jeszcze inny rodzaj polowania na kozy — pojedynczo. Strzelec, zaopatrzony w żywność na dni kilka, udaje się w góry, upatruje stanowisko, zazwyczaj w jakimś miejscu niedostępnym, przyczaja się w skałach i czeka na zwierzynę. Znając miejsca i obyczaje zwierza, najczęściej prędko go ujrzy. Zdarza się, że upragniona zdobycz jest gdzieś tam w przepaści pod jego nogami. Wtedy kładzie się na kamieniu, połową ciała wychylony nad przepaść, i w tej pozycji daje ognia do kozy. Do takich strzałów kul tylko używają.