Najprzykrzejsze, a nawet niebezpieczne położenie takiego strzelca, kiedy go w podobnym miejscu mgła zaskoczy. A mgły, zwłaszcza na Krywaniu, są tak gęste, że człowiek wśród nich nóg własnych widzieć nie może, i trwają czasem kilkadziesiąt godzin. Wtedy to przydaje się zapas żywności, bo nie pozostaje nic, jak tylko siedzieć w miejscu i czekać, aż się mgła usunie.
Odpocząwszy, spuściliśmy się znowu z góry ku wodom Roztoka i już odtąd wciąż pilnowaliśmy się jego tysiącznych wodospadów, podnosząc się coraz wyżej. Drogę tu mieliśmy cokolwiek wygodniejszą, chociaż głazy i drzewa postrącane przez wichry, deszcze i lawiny, takoż głębokie łożyska potoków, suche dzisiaj i zawalone niezmiernymi głazami, ale za pierwszą ulewą pełne i groźne jak potop, stawiały nam częste przeszkody. Za to kilkusetsążniowe ściany skaliste, obwieszone kosodrzewiną, liczne wody snujące się przez całą ich wysokość, opoki oblane wilgocią, błyszczące jak kryształ, i tysiąc innych obrazów, co krok rozmaitych, porywających samą swoją dzikością, śladami zniszczenia, wynagradzały nam wszelkie trudy.
Z miejsca, gdzieśmy wkraczali do strefy już kosodrzewiny, ujrzeliśmy na koniec Siklawą Wodę. Jest to wodospad utworzony przez Roztok, a zdumiewający swoją wysokością i gwałtownością. Byliśmy od niego dalej jeszcze jak o godzinę drogi, a już nas głuchy jego szum doleciał i rwał oczy długi, kipiący bałwan, biały jak śnieg. Im więcej zbliżaliśmy się, tym szybciej chęci nasze leciały naprzód — ale nie nogi, bo przeprawa tym trudniejsza. Przeszliśmy po głazach huczący i zapieniony Roztok, aby odtąd iść prawym jego brzegiem. Przedarliśmy się przez gęstwy kosodrzewiny, odpoczywając po każdych kilkudziesięciu krokach, tak stromo wciąż droga szła pod górę. Już sądziliśmy być u kresu — złudzenie! Do spodu Siklawej Wody niepodobna dojść, bo brzegi Roztoka utworzone tam ze szczerych, prostopadłych opok; musimy piąć się wyżej. Krótka wprawdzie przeprawa, ale podobnie nużącej nie mieliśmy dotąd, bo po uboczach to skalistych, to omszonych, a zawsze mokrych i śliskich od wilgoci. Przebyliśmy wreszcie wszystko, dotarliśmy do śniegu wiecznie leżącego w cieniach skały jednolitej z opokami, po których przewala się Siklawa Woda, i zgrzani, wpółomdlali padliśmy nań dla ochłodzenia się. O sto może kroków od nas przewalał się, grzmiał wodospad i rosił nas swoimi mgłami. Przekrojony przez sterczącą na wierzchu opokę, rzuca się on prostopadle dwoma pasmami kilkunastołokciowej szerokości. Jedno z nich w połowie spadu trafia na skałę wystającą, uderza w jej wyżłobienie i wytryskując z niego fontanną, z tymże pędem leci dalej. Rzut wody tak jest gwałtowny, że spadający z nią w to wyżłobienie kamień wylatuje z niego jak piłka na kilkanaście łokci w górę. Od spodu do wierzchu wodospadu można liczyć przynajmniej 50 sążni. Lecąca woda, połamana, pokłębiona, wrząca, zdaje się być tylko pianą i brylantami. Rodzi się z niej wieczny deszczyk i oblewa pobliskie miejsca. W niektórych położeniach słońca zachwycający widok mają tu tworzyć liczne tęcze. Nam, będącym tu około godziny drugiej po południu, nie zdarzyło się nic podobnego widzieć. Dziwniejsze jeszcze zjawisko ma wydawać zima. Ma to być przysionek z lodu, otaczający Siklawą Wodę. Niepodobna, jak mi mówili strzelcy i przewodnicy, wyobrazić sobie ogromu tej budowli, śmiałości tych kolumn i sklepień, piękności ozdób z lodu, rozsianych pod tysiącznymi kształtami — na pewno takie dzieło mgły, niewidocznej prawie, musi być nadzwyczajne.
Czas naglił, dziś jeszcze mieliśmy być przy Morskim Oku. Musiałem gwałt zadać oczom i upojonym uczuciom i pożegnać wodospad. Pięciostawy były teraz celem naszej podróży. Ta sama woda prowadziła mnie dalej, drogą równie trudzącą, po głazach i siatce kosodrzewiny. Sto kilkadziesiąt sążni przestrzeni pochyłej, a raczej zbocza, i to stromego, po którym wśród zwaliska głazów szumi i huczy potok — także wodospad, ale nieco wolniejszy i węższy niż Siklawa Woda — postawiły mnie w okolicy, do jakiej nic podobnego oczy moje dotąd nie widziały, a nawet wyobraźnia nigdy mi nie przedstawiła. Znalazłem się wśród pustyni skał, w całym znaczeniu tego wyrazu. Wyliczyć mógłbym przedmioty, które zapełniały ten przestwór mil kilku. Pięć jezior — nad jednym z nich stałem. Gdzieniegdzie nad wodą zarośle kosodrzewiny, kępa darniny, plamka mchu, kilka żółtych kwiatków jaskru, pliszka niby zabłąkana, poza tym pan tej całej dziedziny — kamień. Gdybym jednak był olbrzymem i chciał pustelnicze życie prowadzić, obrałbym bez wahania to miejsce na moją pieczarę, tyle znalazłem w nim uroku przy najdzikszej samotności.
Łańcuch gór podniebnych, gładkich, nagich, bez kosmyka trawy, w ogromne koło zamknięte zatoczony, jak kocioł. Dno jego ma trzy piętra. Najniższe zalane jest okrągłym jeziorem321, z którego wypływa potok tworzący Siklawą Wodę. Brzegi jeziora zazielenione gdzieniegdzie kosodrzewiną i trawą. Po lewej ręce, patrząc na południe, dwa mniejsze jeziorka322, jedno za drugim. Po prawej — trzecie323, także niewielkie, ale na podniesieniu już znaczniejszym, a czwarte324 jeszcze wyższe. Wszystkie zaś związane wąskimi strumykami ze środkowym, najobszerniejszym. Kamienny, samotny szałas nad jeziorem najwyższym, cisza grobowa tego olbrzymiego ustronia, echo Siklawej Wody krążące nieprzerwanym szumem po szczytach zamykających dolinę — oto kilka rysów głównych tego miejsca.
Upał i czystość wody nie do wypowiedzenia zachęciły mnie do kąpieli w jeziorze, nad którym znalazłem się. Chciałem też niby ochrzcić się jako dopuszczony już do tajemnic Tatrów. Kąpiel moja bardzo krótko trwała z powodu nadzwyczajnie zimnej wody.
Rozpatrzywszy się w okolicy Pięciu Stawów, bo na ich obejście nie mieliśmy czasu, i zjadłszy obiad, ruszyliśmy ku Morskiemu Oku. Była czwarta po południu. Kierunek nasz był na wschód. Najbliższe przejście325 mieliśmy przez górę Mnichem326 zwaną. U jej to podnóża, po stronie przeciwnej leży, Morskie Oko. Ale podobna przeprawa nie była dla nas wszystkich, samo wejrzenie na owe skały nagie, prostopadłe, już niejednemu z nas odejmowało ochotę doświadczyć siły swojej głowy i zręczności nóg. Postanowiliśmy więc okrążyć ten szczyt i to zboczenie nie odbyło się bez trudu i niebezpieczeństw.
Z początku doliną Pięciu Stawów szło nam jako tako. Nie było tam innych przeszkód, jak ogromne kotliny zawalone kamieniami, które niegdyś były niezawodnie jeziorami, jak dziś Pięciostawy, ale w tej chwili zupełnie są wyschłe. Dopiero stanąwszy na uboczu gór wiszących nad Roztokiem, poznaliśmy, co to jest przeprawa przez podobne góry i zawrót głowy. Można to sobie wyobrazić w przybliżeniu, przedstawiwszy sobie górę tak wysoką, że dolina Roztok, długa przynajmniej półtorej mili327, zdaje się nie mieć więcej jak kilkaset sążni, a przy tym górę gładką, prostopadłą niemal, i ścieżkę, równoległą do dna przepaści, po śliskich trawach, zaledwie poznaczoną śladami kóz i strzelców. Dla mnie była to chwila przypomnienia sobie rozkoszy niebezpieczeństw. Jest to jedno z tych miejsc, które mniej śmiali przebywają tym sposobem, że im zawiązują oczy i postępują, prowadzeni przez dwóch Górali, z których jeden idzie przodem, a drugi z tyłu.
Co do mnie, mogę pochlubić się, że sami Górale oddawali sprawiedliwość śmiałości i zręczności, jakie okazywałem podczas tej przeprawy. Byłem zawsze na przodzie i w znacznym oddaleniu od reszty towarzystwa. Ileż razy, chcąc wypocząć, nie mogłem inaczej, tylko oparłszy się o górę, której bokiem szedłem — takiej prostopadłości są te ściany — a wtedy pod nogami miałem przepaść, nad którą pode mną tylko orły krążyły.
Po takiej przeprawie dotarliśmy wreszcie do grzbietu Świstowej Góry. Z tej wysokości, w ogromnej pod nami głębi dojrzeliśmy Morskie Oko. Wtedy poznaliśmy, jak znacznie wyżej leżą Pięciostawy.