W istocie opowiadają mi dziwy o tych miejscach. Wszystko, co widziałem, nie daje wyobrażenia o tym, co najgłębsze Tatry zamykają w sobie. Tak mnie zapewniają i wierzę temu łatwo, sądząc z tego, co słyszę. Ten północny bok Tatrów, widziany z Galicji, i południowy, od strony Węgier, jest tylko ogrodzeniem Tatrów najwłaściwszych. Można je stąd odgadywać jedynie po niektórych lodowatych szczytach, wyższych nad inne, ale większa ich liczba ukryta jest przed spojrzeniami z zewnątrz. Prawdziwe lodowce korzenią się i rosną dopiero w głębi Tatrów. I tam dopiero jest istotna dziedzina wiecznej zimy i wiecznego mrozu. Tam jeziora nieodmarzające nigdy, doliny milowe, usłane wiecznym lodem i otoczone ścianami z wiecznego lodu. Tam zobaczysz nad potokiem most z wyziewów w lód zamienionych, zawieszony na przerażającej głębokości. A cisza taka, że kiedy pod ciepłem słońca lód się rozgrzeje i ścieka kroplami w tę przepaść, słyszysz pluśnięcie każdej kropli, co spada. Najdziwniejszą sprzeczność pośród tej martwoty mają tworzyć lasy, leżące gdzieniegdzie między lodowcami. Są one zwykle w dolinach nadzwyczajnej głębokości, a cień ich gęsty nie różni się od czarnej nocy. Rzecz szczególna, że w tych lasach przechowują się zwierzęta, które same tylko gwizdaniem swoim ożywiają tę ciszę jakby podziemną. Niektórzy myślą, że to są bobaki369. Przystępy do tych lasów są niepokonanych prawie trudności dla nie-Górali i nie-strzelców. Staje ci nieraz na drodze skała z przepaściami po obu stronach, a grzbietem tak ostrym, że nie ma dosyć miejsca na stopę ludzką, i nie można jej przebyć inaczej, tylko przesuwając się po niej okrakiem. Wyobraź sobie nadto, że taki grzbiet ciągnie się przez kilkadziesiąt sążni.
Kilka rysów podobnych pozwala widzieć, choć w małej cząsteczce, czym jest wnętrze Tatrów i że do zwiedzenia jego nie dosyć mieć chęć i odwagę. Oprócz koniecznej wprawy potrzeba jeszcze przygotować się na mrozy, burze, mgły jak noc ciemne, lawiny nieuniknione oraz inne przykrości i niebezpieczeństwa przywiązane do miejsc podobnych. Wszakże powiem prawdę, że nie zważałbym na to wszystko, gdyby mi nie zawadzały trudności innego rodzaju370, a mniej łatwe do pokonania.
Zamczysko Czorsztyńskie
Nad spodziewanie moje wracam jeszcze w góry. Witam je z gruzów Czorsztyna. Mój nocleg niedaleki, mam czasu dosyć. Obracam go na bliższe poznanie się z gruzami. Chcę dłużej cokolwiek pomówić z nimi o ich przeszłości.
Jedno z miejsc najbardziej interesujących w dziejach Polski, pomnik czasów Kazimierza Wielkiego371, mieszkanie Czarnego Zawiszy372, a dzisiaj rozsypujący się kościotrup — Czorsztyn! Dwie godziny przepłynęły koło mnie i gruzów jego, nim żeśmy się z naszym smutkiem obopólnym rozmówili ze sobą. Jak o przyjacielu, którego widocznej zgubie zapobiec nie zdołamy, smutne o nim moje myśli. Jeszcze przed kilkudziesięciu laty stał cały. Znałem człowieka, który biesiadował w jego salach. Dzisiaj rozwalinami tylko przynęca, dzikim powabem owego ciała, któremu śmierć łaskawa zostawia niekiedy na dni kilka ciepło i barwę życia. Słońce zakryte chmurami nie urąga wesołym blaskiem rozwieszonemu tutaj całunowi zniszczenia. Mżący deszczyk wisi pełnymi kroplami na trawach i drzewkach, utulonych między zwaliskami. Czasem polne ptaszyny, osłonięte resztkami gzymsów, porozumieją się się urwanym szczebiotaniem niby krótkim psalmem pośmiertnym, a wiatr wędrowny obejdzie wnętrze pustki, dorzuci kamyk na mogiłę gruzów, zawyje westchnieniem i poleci dalej. A ja droższej dopełnię powinności, w obrazie zwłok wielkich złożę im cześć pogrzebową.
Wyniosła i stroma góra, panująca z jednej strony nad szyją nowotarskiej doliny, z przeciwnej zaczynająca pasmo wzgórz zakończone skałami Pienin — oto posada Czorsztyna. Sam gmach stoi na południowym jej boku, podnoszącym się od płaskiego błonia prostopadle, nago, jak mur z jednolitej, różowej skały. Ściana zamku z tej strony jest jakby dalszym wyprowadzeniem skały. Żaden śmiertelnik nie mógłby tędy ani wyjść, ani się spuścić. Sam widok kilkudziesięciosążniowej przepaści głowę zawraca, a jednak trudno nie patrzeć. Dno głębiny wyściela piękne, zielone błonie. Po nim rozrzucona wieś tejże co i zamek nazwy. Po nim snuje się widoczny w oddali Dunajec, a na jego drugim brzegu Węgry ze swoimi górami w świeże lasy ubranymi i z pięknym, nienaruszonym zamkiem, Niedzicą, ale już nie tak śmiało, nie tak okazale zbudowanym jak Czorsztyn. Wschodnia część góry, o kilkaset kroków od zamku, najeżona jest ostrymi, nagimi wzgórzami z wapiennego kamienia, które okrywają zarośla z jałowców i świerków. Łączy się z nimi szereg wapiennych także opok, obiegających jednym prawie ciągiem górę zamkową ze strony północnej i zachodniej, aż do samej wody Dunajca. Gdzie indziej trudno coś podobnego widzieć — ów szereg nagich, wysokich, przepaścistych opok tworzy linię tak warowną, samorodną, że sam jej widok nasuwa mimowolnie myśl o czarodziejstwie, wspierającym założycieli Czorsztyna. Niższe skał miejsca dopełnione są murem. Pomiędzy górą zamku a wspomnianymi skałami jest głęboki rozdół; część jego, obwarowana murem poprowadzonym od wschodniej i zachodniej ściany zamku aż do owego pasma wapiennych wzgórz, tworzyła dziedziniec zamkowy.
Z dzisiejszego stanu gruzów trudno mieć dokładne wyobrażenie o szczegółach wewnętrznego rozrządzenia budowli. W zachodniej ścianie zamku wyraźny wprawdzie ślad zamurowanej bramy, ale wjazd do niej tak stromy, że nie można nawet pojąć, jak by tam zwodzony most przystawał. Podobniejsze do prawdy, że wjazd główny był od zachodu, jak o tym zdają się świadczyć wspomniany dziedziniec, szczątki rozwalonej bramy i dostęp łatwiejszy.
Sam zamek tak zbudowany, że nie dosyć było przełamać zewnętrzne obwarowanie i dostać się na dziedziniec kilkadziesiąt kroków od ścian zamku. Po górze stromej jest wał najbardziej spadzisty, który musiał być w swoim czasie niemałą obroną. Zdaje się, że do wnętrza zamku dwa wejścia prowadziły. Jednego z nich można widzieć pozostałość w otworze narożnej od zachodu wieży i szczątkach muru przed nim, który zbiega na dół i mógł osłaniać wejście. Drugie zaś w drugim końcu tejże ściany musiało być ukryte, co wnoszę z pokoju leżącego w tym miejscu pod górą, opartego jedną ścianą, a raczej składającego część linii zachodniego muru. Dochodzi on wysokością ścian swoich podnóża ściany zamkowej, a stoi tak oddzielnie od reszty pokojów wyższych, że można z dużym prawdopodobieństwem uważać go za warowną osłonę ukrytego wejścia. Nie powinienem także przemilczeć, że w kierunku jednej jego ściany, równolegle do północnej ściany pokojów, ciągnie się zrównany prawie z ziemią ślad muru aż do wspomnianej wieży zachodniej. Może więc być, że pokój, o którym mówiłem, był częścią dolnych mieszkań, przypartych jedną ścianą do boku góry, a dachem do podnóża wyższego piętra.
Wnętrza pokojów na szczycie góry stojących tak są zasypane gruzami, ich ściany po większej części tak zniszczone, że trudno dziś dociec ich liczby i układu, a tym bardziej wysokości całego gmachu. Wszakże w niektórych miejscach można widzieć podstawę ścian ze szczerej skały i ślady kucia w niej. Może to być podziemna część zamku, a może i więzienie, ale osiadłe sklepienia zapełniły je gruzami do znacznej wysokości.
Spodziewam się, że tym rysem dałem jakiekolwiek wyobrażenia Czorsztyna, a raczej gruzów jego. Na obraz dokładniejszy potrzeba więcej czasu i pomocy pędzla malarskiego. Warto, by zajął się ktoś tą pracą i rysunkiem, chociaż topograficznym, zachował plan tych rozwalin zajmujących. Niejeden artysta byłby szczerze wdzięczny za taką pracę i mógłby z niej piękny użytek zrobić.