Mgła poranna w górach

Minęło lato. Góry śniegiem się odziewają, przedgórza występują w dzikszych coraz barwach. Polany opustoszały, ogłuchły echa pieśni pasterskich, słońce z każdym dniem widoczniej się nuży, z każdym dniem wcześniej na spoczynek odchodzi. Pogoda walczy jeszcze z mgłami, rozdrażnia sny moje, krótkie jak sny rozkochanego. Budzę się w ciemnościach; gwiazdy iskrzą, lśni się obfita rosa. Korzystam z ostatnich resztek lata, chcę sobie przypomnieć letni poranek, puszczam się w góry. Zatrzymałem się na szczycie Wielkiej Góry nad Łopuszną.

Cała dolina leżała cichym snem pod mymi nogami. Księżyc spuszczał się bezchmurnym niebem do zachodu. Pogoda była dla mnie tym bardziej urocza, że się zdawała być uśmiechem piękne sny marzącego. Księżyc tym milej, tym tęskniej świecił, że tylko mnie samemu świecić się zdawał. Tatry stały uroczyście, jak gdyby nad milczącą modlitwą dumały.

I oto ze szczytu Babiej Góry wybuchnął kłąb lekkiego tumanu i stoczył się do jej podnóża. Wschód mocniej płonić się począł. Jutrzenka ucieka w głębie nieba. Na kilku białych szczytach pokazały się płatki różowego blasku, a od zachodu mgły się podnoszą. Z początku bieleją w postaci kilku chmurek błędnych, powoli idą ku sobie, spotykają się, łączą, gęstnieją, toczą się białym wałem cicho, uroczyście, coraz szerzej osłaniają dolinę. Już dosięgły mojego stanowiska, już je oblały dokoła. Rozlewają się dalej, już dosięgły Pienin i oto cała dolina zniknęła. Lasy i wody, wsie i pola, wzgórza i błonia — wszystko, co księżyc tak pięknie przed chwilą oświecał, w tej chwili zgasło pod mgły morzem. Prawdziwe to morze. Kłęby tumanu burzą się jak poruszone fale, przewalają się przez siebie nawzajem. Cała masa jednym ruchem zdaje się kołysać, cichnie, a jednostajna, siwa barwa rozlewa się po powierzchni tego ogromu. Tatry, Pieniny, Babia Góra zostały teraz brzegami morza, z którego łona podnoszą się gdzieniegdzie, jak ciemne wyspy, wyższe wzgórza lasami porosłe.

Wzmagający się blask świtu rozjaśnia coraz mocniej część wschodnią mglistego morza i zaczyna rozścielać po niej pajęczynę z barw płomiennych, igrających. Na koniec pokazało się słońce. Tu muszę złożyć w pokorze mój pędzel malarski. Nie czuję się zdolny wyobrazić, jak słup jego pałający, niezmierzony w swej długości, rzucił się wzdłuż mgieł aż ku mojemu oku, jakimi barwami po ruchomym tle ich igrał, jakiego uroku był ten most tęczowy między mną a słońcem, jakim blaskiem zajaśniało wszystko między ziemią a niebem!

W miarę jak słońce podnosiło się, odblask jego na powierzchni tumanów zmniejszał się i ciemniał. Powiał wreszcie wiatr, zawichrzył mgłami, podniósł niektóre do wysokości mojego stanowiska... Widowisko skończone! Zszedłem na dół, ale w zachwyceniu i poczuciu, że mi się objawiło owo Morze Karpackie, które, według podań, zalewało niegdyś dzisiejszą nowotarską dolinę.

Pobyt u proboszcza we Frydmanie383

Brakowało mi przypatrzyć się z bliska życiu księży w tej okolicy, zbieg okoliczności zaspokoił mnie i pod tym względem. Jestem wdzięczny tej konieczności. Kilkanaście dni przeżyłem w domu plebana wiejskiego384, przez kilkanaście dni dach jego osłaniał mnie przed nieprzyjemnościami wszelkiego rodzaju, przez kilkanaście dni jadłem chleb jego, a co najważniejsze — zbliżyłem się do człowieka jednego z tych, co cię ogrzewają ciepłem swojej miłości prostej, szczerej, czystej. Poznałem kapłana, o którym każde wspomnienie sprowadza się do tego życzenia: dałby Bóg, aby wszyscy księża byli przynajmniej tacy jak ten!

Widok półmartwy, jak Tatry, może zrobić silne, dobre wrażenie na człowieku, ale człowiek-chrześcijanin bez porównania silniej pobudza, zasila we mnie miłość Boga i bliźnich. Jeżeli nie mogę mówić o nim tak obszernie, jak o zmysłowych pięknościach okolicy, winienem mu wspomnienie bratnie, oznakę, żem go umiał poczuć, docenić, że uczucia moje dla niego nie są z liczby tych, co przechodzą z czasem bez śladu. Licha byłaby to odpłata za miłość żyjącą, gdyby została tylko w martwym słowie na papierze. Ale z mojej strony nie jest ona taka, chowam ją w mojej duszy i daję żyjącą.

Kilkanaście dni przeżyliśmy prawie sam na sam, a takie życie wielką jest próbą wartości obopólnej dwóch ludzi. Trudno, ażeby w podobnym stosunku nie poznali się wzajemnie na sobie. Pragnąłbym, aby zacny pleban wyniósł z owego czasu takie dla mnie uczucia, jakimi mnie ku sobie natchnął. Poznałem w nim sługę Kościoła, jakich mało w życiu moim napotkałem. Pełen cnót chrześcijańskich obok wyższego ukształcenia, miły, zniewalający, a mimo to zachowujący wysoką godność swojego stanu w życiu powszednim, światowym, był prawdziwym ofiarnikiem wskazującym drogę jedynie prawdziwą, ile razy pełnił swoją służbę tajemniczą przy ołtarzu. Słyszałem go na tym urzędzie przemawiającego do ludu. Kazania jego były w języku słowackim, bo od tej wsi poczyna się już kraina Słowakami osiadła, a słowa jego były napiętnowane tą samą ewangeliczną prostotą, miłością, łagodnością, których przykład dał w swoim życiu!