Zaczęło się od amikoszonerii37 między Henrikiem a mną tamtego wieczoru — od melancholijnej, pełnej zrozumienia sympatii. Z mojej strony historia ta w zasadzie nigdy nie miała związku z erotyką albo miłością. Nasze spotkania, wspólne spacery o zmroku, moje odwiedziny u niego, podczas których zauważałam, jak to, co niebezpieczne, niedozwolone, zaczyna ogarniać nas, zagęszczając powietrze, pieszczoty Henrika — żadnej z tych rzeczy nie pożądałam z jego powodu, tylko dla siebie samej. To ja, ja, ja chciałam być podziwiana przez jego oczy, dłonie i wargi; wcale nie było tak, że musiałam oddać się temu, który został panem mej duszy — to ja pragnęłam mieć jego, od stóp do głów.

Obudził się we mnie naturalny popęd, pierwotny i nienasycony, a ja, miła żonka kupca, która tak ładnie, spokojnie chodziła sobie, zajmując się domem, w rzeczywistości stałam się złym, groźnym szkodnikiem. Nie była to zwykła próżność, lecz coś głębszego — może dusza próżności lub próżność duszy.

Nie myślałam o niczym w świecie prócz siebie. Moje dzieci — uważałam, że starczy, jak zadbam, by były najedzone i ubrane, sama zaś bezwstydnie przebywałam z kochankiem dwa pokoje dalej, gdy spały. O Henriku myślałam najmniej; w zasadzie nie przejmowałam się nim bardziej niż lustrem na toaletce. Nigdy bowiem nie pomyślałam, jakie cierpienia mógłby zadać mu ten związek. Z pewnością był dużo lepszy ode mnie, bo naprawdę mnie kochał, i gdybym tylko umiała zostawić go w spokoju, cała ta historia by się nie wydarzyła. Właściwie to dość niedorzeczne, że teraz go nienawidzę. A jednak — trzydziestoośmioletni mężczyzna nie powinien być jak Goethowska Małgorzata38; ze względu na przyjaciela powinien był uszanować jego żonę, choć ta zasługiwała na wszystko prócz szacunku.

Otto — zbyłam go tym jednym słowem „parobek”. Pojechałam odebrać go, kiedy wrócił z Londynu, niemal ze złośliwą satysfakcją, bez poczucia wstydu lub winy.

W ogóle nie zastanawiały mnie niepokój i podenerwowanie Ottona w pierwszych dniach po jego powrocie z dorocznej podróży służbowej. Któregoś dnia powiedział, że chce nocować w palarni — „Aż wyleczę się z tego kaszlu. Tylko cię przez niego budzę i wszystkich niepokoję”.

— Tak — odparłam — naprawdę przykry jest ten twój kaszel. Ciągnie się już chyba od wiosny. Doprawdy powinieneś udać się z nim do doktora.

Którejś nocy obudziłam się, bo zdawało mi się, że Otto był w sypialni. Zauważyłam, że drzwi do jego pokoju stoją otwarte — zwykle zamykał je, żeby nie przeszkadzać nam swoim kasłaniem. Obróciłam się na drugi bok, chcąc spać dalej, w półśnie jednak usłyszałam, że jest na nogach i chodzi obok mnie.

Rozbudzona i dziwnie zlękniona siedziałam jakiś czas na łóżku. W świetle lampki nocnej zobaczyłam, że jest wpół do trzeciej.

Po chwili wstałam i zakradłam się do drzwi. Łóżko Ottona było puste, a jego nie było w pokoju. Zajrzałam do salonu — stał tam, w pełni ubrany, przy narożnym oknie. Musiał usłyszeć, że weszłam, bo odwrócił się w moją stronę.

Gdy tylko ujrzałam jego twarz...