Nasz przyjemny, spokojny salon, spowity w miękkiej poświacie latarni gazowej zza wykusza, nagle jakby z każdego kąta zalały ciemność i strach.

Ujrzałam twarz Ottona, bladą, zrozpaczoną, skrzywioną; widziałam, że płakał. „On wie”, przemknęło mi przez myśl.

Serce podskoczyło mi w piersi, nie czułam gruntu pod stopami. Po chwili serce zaczęło mi walić, a lepki pot oblał całe ciało; dłonie i stopy miałam zimne jak trup. Staliśmy, patrząc na siebie nawzajem.

— Nie mogłem spać — powiedział Otto z trudem, dziwnie grubym głosem. — To nic... Dlatego ubrałem się i zszedłem na trochę do ogrodu... Idź, połóż się, Marto, to nic takiego.

Zrobił kilka kroków w przód, po czym opadł, jak martwy, na kanapę. Zwiesił głowę, ręka leżała nieruchomo na stole.

Przelękniona i oniemiała podeszłam do niego:

— Mój drogi, co się dzieje... Chory jesteś, Otto?

Wtedy rzucił się na stół i zaszlochał.

Zdało mi się, jakby samo życie, prawdziwe, żywe życie, moje życie wołało mnie, gdy ujrzałam, jak mój mąż płacze. Dotknęłam mu głowy, nadgarstka, schyliłam się nad nim i wezwałam po imieniu. Gdy się odwrócił, chwycił mnie i pociągnął na kanapę obok siebie, kryjąc twarz na moim łonie, aż przez koszulę nocną poczułam na skórze jego łzy i palący oddech — wtedy wróciło me własne „ja”, to, które wzrastało przy tym mężczyźnie, i zapłakałam, bo on płakał; łzy wydarły się z głębi mojej istoty, jak woda, która wypływa przez topniejący lód.

Otto nieco się podniósł, odchylił głowę na oparcie kanapy i przychodził do siebie. Po chwili ujął moją głowę i jedną dłonią starł mi łzy z twarzy: