— Biedna, biedna Marto, jak ja cię wystraszyłem… Już, już, nie płacz.
— Widzisz — zaczął, kiedy się opanował — w Londynie odkaszlnąłem nieco krwi... tylko troszeczkę. Ale oczywiście natychmiast poszedłem do doktora... „Suchoty”, powiedział. Boże, przecież to nic takiego. To tylko moje podenerwowanie, leżałem i nie mogłem zasnąć... A wtedy...
Godzina za godziną siedzieliśmy w na wpół oświetlonym pokoju dziennym i rozmawialiśmy — próbowaliśmy się nawzajem uspokajać. Zmęczona, zmarznięta, wilgotna od łez, siedziałam przy nim, pocieszając go i rozweselając, a wspomnienie o tym, w co zmienił mnie ostatni miesiąc, czyhało na mnie jak strach — byle nie patrzeć w tę stronę! Szeptałam do Ottona i gładziłam go po rozpalonej od płaczu twarzy, próbowałam uciec od siebie do niego, słabymi dłońmi próbowałam podtrzymywać go i podpierać, gdy zauważyłam, że ogarnia go lęk.
Wtedy poprosił, żebym szła już do łóżka:
— Przeziębisz mi się tutaj, biedaczko!
Objął mnie i zaciągnął do środka, ale w drzwiach sypialni zatrzymał się, obrzucił spojrzeniem trzy łóżeczka w świetle lampki nocnej i uniósł nieco ręce:
— Och, to o nich myślę... o nich i o tobie, Marto... Jak to z wami będzie!
Dotknęłam jego szyi i go pocałowałam.
— Drogi mój, drogi... Suchoty... Lekarze mówią przecież, że większość ludzi je przeszła, nawet o tym nie wiedząc.
I poprosiłam, żeby poszedł do łóżka; poprawiłam mu poduszki i prześcieradła i do niego mówiłam.