Otto opowiadał dziś o naszym małżeństwie. Dostrzegł dużo więcej, niż myślałam.
Pastor Løkke znów dzisiaj u niego był, a Otto mówił o jedynym, co teraz go zajmowało.
— Czuję spokój, Marto. Och, dobrze jest znaleźć wytchnienie, ufając temu, który jest silny i miłosierny. Nigdym nie sądził, że tak spokojnie będę żegnał się z życiem, choć jestem młody i mam nieskończenie wiele do porzucenia. Wszak kocham tak bardzo życie i byłem tak silnym, zdrowym człowiekiem. Teraz wiem jednak, że nie stracę nic z rzeczy, które są mi tak miłe; będę posiadał je w inny sposób, bliżej serca. Bardzo się cieszę, że myślisz tak samo. Wiesz, że wieczna rozłąka nie jest możliwa, gdy jest się z kimś tak blisko. Rozmawiałem dziś o tobie z pastorem. On mówi, że Bóg nie wymaga od ciebie, byś znosiła to zaraz cierpliwie i bez narzekania; ale odnajdziesz pocieszenie. A dzieci... Myślę, Marto, że będę mógł widzieć je i podążać za nimi duchem nawet po śmierci. Może też jakoś ich strzec. Pewnie Bóg będzie im lepszym ojcem, niż mogłem być ja, ale może tak całkiem się nie rozstaniemy. A my dwoje, gdy się kiedyś spotkamy... Będziemy mogli kochać się dużo goręcej niż na ziemi, bo nie będzie tam już żadnych drobiazgów, które nas czasem dzieliły. Bo widzisz, ja wiem, że nie zawsześ była całkiem szczęśliwa. Widziałem to w ostatnich latach; zawsze byłaś niespokojną duszą, moja kochana. Nigdy z tobą o tym nie rozmawiałem... Trochę bałem się jeszcze pogorszyć sprawę. Och, ale w większości były to dobre dni, Marto?
Przytaknęłam i zaszlochałam. Straszne, że stałam się taka nerwowa; nie umiem powstrzymać łez, kiedy Otto tak mówi. Ale na szczęście, odkąd zaczął wierzyć, już go to tak nie złości.
— Tak właściwie zawsze chcieliśmy dla siebie najlepiej. I, Marto, kiedyś wszystko zrozumiemy i dostrzeżemy... że wszystko, co czasem nas rozdzielało, były to tylko drobne, doczesne błahostki, które wkradały się między nas z zewnątrz. Tkwiły trochę w zwyczajach i w wychowaniu. Jak nieznaczne były to rzeczy, zrozumiemy któregoś dnia, kiedy już nic w życiu jednego z nas... nie będzie ukryte przed drugim.
Nawet gdybym mogła uwierzyć, czy byłaby w tym jakaś pociecha? „Kiedy już nic w życiu jednego z nas nie będzie ukryte przed drugim”.
Gdybyśmy kiedyś mogli ujrzeć swe nagie dusze... i naprawdę zobaczyć, jak nieskończenie małe były drobiazgi, które z początku nas podzieliły. Och, buntowałabym się w samym środku królestwa niebieskiego, bo wszechmogący i wszechwiedzący pozwalał, by cała ta żałość, wstyd, zepsucie i szpetota wpływały... sączyły się przez maleńkie szczeliny w to, co zaczęło się tak znakomicie.
Czasem sama tęsknię za wiarą. Chciałabym móc to wszystko odrzucić — smutek nad bezsensownym życiem oraz nieszczęściem, którego się nie da naprawić — i uwierzyć, że wszystko to ma jakiś sens, że istnieje zbawienie. Lecz nie potrafię. Trzeba by zostawić swój zdrowy rozsądek, aby uwierzyć, że stoi za tym miłościwy Bóg; i swoje poczucie przyzwoitości, by wyobrazić sobie, że skrucha przynosi zbawienie.
Pastor mówił o próbach, na które Bóg wystawia opornych — cóż to za bóg jak zarządca niewolników!
„Żeby matka nie wierzyła w życie wieczne”, mówi Otto, „ona, która sama daje życie”. „Dziecko to list od Pana”, widziałam kiedyś w druku. Dziewczyna, która do końca nie wie, co czyni, dając się przekazać w wianku i welonie, przy dźwiękach dzwonów i muzyki, w obecności pastora i diabła mężczyźnie, który ją niszczy — biedna kobieta, która wychodzi, by się nieco zabawić, upić się, może, żeby zapomnieć, jak beznadziejnie męczyła się cały dzień; dziewczyna napadnięta wieczorem na polnej drodze przez obcego włóczęgę — wszystkie mogą dostać „list od Pana”.