Przez chwilę leżał, nie mogąc nic więcej powiedzieć, bo płakał. Aż wyszeptał jeszcze bardziej ochryple:
— Musi istnieć ktoś silniejszy od nas, ludzi.
Nie mogłam dłużej powstrzymywać milczenia, sądziłam, że muszę mu trochę pomóc, więc wyszeptałam:
— Och, Otto, ja też tak myślę!
Wtedy przesunął rękę, którą mnie obejmował, do mojego policzka, spojrzał mi w oczy i lekko się uśmiechnął.
Zostałam tam długo, tak długo, że było dość ciemno, kiedy wracałam. Na szczęście do tramwaju szłam z jakimś panem i panią — uch, na Grefsenveien44 w ciemności bardzo jest nieprzyjemnie.
Pastor Løkke tak bardzo pocieszył i uspokoił Ottona. To zresztą wyjątkowo miły i kochany człowiek. Zgadzałam się ze wszystkim, co Otto mówił, i chyba bardzo mu to pomogło.
— Nie, Marto — powiedział. — To nie tak. Gdy wydało się na świat czworo dzieci, a osoba, którą najbardziej się kocha, ma zostać sama... Niemożliwe, że wszystkie więzy pękają ze śmiercią.
Nie dam rady napisać tego wieczoru nic więcej, jestem tak okropnie zmęczona myśleniem o wszystkim.
8 kwietnia 1903