Albo wchodzę na szczyt. Jak okiem sięgnąć tylko las świerkowy — jednolita, złocona słońcem ciemność świerczyny za niskimi, krągłymi pagórkami, w oddali zaś, na tle jasnego od słońca nieba ledwie zauważalny, niebieski grzbiet. Spokój panuje w lesie w te palące, jasne dni, głęboki jak wieczny sen; widać, jak słabo i wolno sączą się życiodajne soki w drzewach i wrzosach — w końcu stwierdzam, że w moim własnym ciele i w mojej własnej duszy życie porusza się tak samo sennie i cicho, a mój żal chowa się i śpi gdzieś na dnie mej istoty.
Dzieci ledwie widzę przez cały dzień. Są w domku, gdzie bawią się z dziećmi nowego właściciela. Einar z początku nie chciał tam przebywać, ale teraz i on chodzi.
Tylko Åse drepcze tu dookoła z małym Tomasem Ragny bez spodenek. Kiedy biorę ją na kolana, a ona siedzi i mówi, głównie sama do siebie, ja zaś słucham jej i nie słucham zarazem, myślę sobie, że w tej główce przy mojej piersi mieści się cały świat — tylko ile ja z niego poznam? Nie ma sensu wyobrażać sobie inaczej — dusze naszych dzieci są jak obce lądy, pełne nieskończenie wielu długich dróg, po których nigdy nie będzie nam dane się poruszać. Matka myśli pewnie, że zna swoje dzieci i je rozumie — lecz każde dziecko pojmuje któregoś dnia, że wcale tak nie jest. A jednak, kiedy siedzę i ją przytulam, nie jestem całkiem sama. Ze swoim dzieckiem na kolanach jest się tak blisko drugiego człowieka, jak to tylko możliwe.
To ze względu na dzieci zgodziłam się, kiedy Henrik zapytał, czy za niego wyjdę. Taka byłam zmęczona po śmierci Ottona, tak bardzo zmęczona, aż opadałam z sił na myśl, że miałabym trudzić się, idąc z nimi przez świat w pojedynkę.
Kiedy siedział obok mnie w kaplicy, był niemal równie biały na twarzy jak Otto w trumnie. Drżał też, jakby z zimna, gdy pastor Løkke mówił o bożym miłosierdziu, które objawiło się w chorobie i śmierci, o Ottonie, który wędrował po świecie, zajęty interesami i domem, wpatrzony w ziemię, lecz który w ciężkich, samotnych chwilach zwrócił wzrok ku górze. Czasami rozpoznawałam własne słowa Ottona, nieprzyjemnie obce i zdeformowane, niczym wspomnienia pojawiające się we śnie. Potem mówił o wiernej, ofiarnej małżonce zmarłego oraz o jego przyjacielu i wspólniku.
Cały czas zdawało mi się, że śnię; te psalmy, mnóstwo wieńców i wszyscy ci obcy ludzie w procesji, wszystkie te nieprzyjemne, czarne cylindry, kiedy szliśmy ściśnięci, i mnóstwo przyjaciół, których nie widziałam, o których nie myślałam latami.
Wszystko to dziwnie nierzeczywiste — aż od tamtego ranka, kiedy posłano po mnie, abym natychmiast przyszła.
Otto był przytomny i poznał mnie, ale prawie nie mógł mówić. Miał napady niepokoju, między którymi leżał całkiem nieruchomo. Śmierć była zupełnie inna, niż myślałam. Lekarz twierdził, że nie toczy się tu właściwie walka ze śmiercią; mimo to pomieszczenie wypełniał sączący się niepokój, a Otto, który trzymał mnie za rękę, nagle odwrócił od nas wszystkich wzrok, spojrzał przed siebie i szepnął: „Jezu...”.
Chwilę przedtem jednak uczynił znak, że chce mi coś powiedzieć, a gdy się schyliłam, wyszeptał:
— Nie stój tak, Marto... Musisz usiąść, kochana.