Narzekałam Henrikowi:
— Czyż nie spadła na nas straszliwa kara? Mamy stać tak nad grobem Ottona i myśleć, cośmy zrobili, lecz nie możemy tego w żaden sposób naprawić. Tylko nieustannie żałować, co jest niepotrzebne i nie przynosi korzyści nikomu z żywych!
— Tak — powiedział Henrik.
— Dopóki żyjemy, musimy to za sobą ciągnąć... Na nasze nieszczęście tkwi to w nas jak choroba, która nigdy nie minie. A my o tym wiemy!
— Wiemy... Och, ale co wiemy, Marto? Że cierpimy i cierpieliśmy... i że będziemy cierpieć. Tylko do czego to prowadzi? Przecież nie mamy pojęcia, co życie może uczynić z tych naszych smutków.
— Tak mówisz. Ale ja wiem. Mówisz o życiu... Powiadam ci, dla mnie życie się skończyło.
Henrik nie odpowiedział. Siedział tylko, zapatrzony przed siebie.
— Posłuchaj, Marto — odezwał się wreszcie — przecież oboje to wiemy. Kiedyś, gdy minie dość czasu, pobierzemy się...
Wstałam na równe nogi. Rozzłościłam się, zawodziłam i z wściekłością wylewałam na niego zarzuty.
— Zdradziłeś najlepszego przyjaciela — rzuciłam z pogardą. — Uwiodłeś mu żonę... Nawet tydzień nie minął, jak leży w ziemi, a ty już mówisz, że mamy się pobrać!