— Tak — przyznał Henrik. — Tak już jest. Masz rację, spadła na nas straszliwa kara. Ale rzuciliśmy się kiedyś w nurt, który zaprowadził nas tutaj. Wstyd, żal i hańba... Nie uciekniemy od nich. Ale jeszcze żyjemy, nie możemy położyć się i umrzeć. Masz swoje dzieci. A ja... Czy pomogłoby ci, gdybym umarł? Nie miałabyś wtedy nikogo. Jesteśmy na siebie skazani. Więc spójrzmy raczej na sytuację, jaka jest. Co rano, gdy się budzimy, życie dopada nas dniem, przez który musimy przejść... Czy nie powinniśmy raczej próbować żyć najlepiej, jak potrafimy?

— Dobrze, że ty już potrafisz spoglądać rozsądnie na tę sytuację... — powiedziałam z goryczą.

— Uważam, że najlepiej będzie, jak będziemy szczerzy wobec siebie nawzajem i siebie samych — rzekł Henrik. — Tylko ty i ja wiemy, czegośmy się dopuścili. I naprawdę mieliśmy dość czasu, by ustalić w duchu, czym to w ogóle było. Oraz co po tym nastąpi. Gdyby Otto wyzdrowiał, wyjechałbym... a ty musiałabyś wymyślić, jak mu to wynagrodzić. Teraz już go nie ma... My dwoje nie możemy ani go skrzywdzić, ani mu pomóc. On istnieje tylko w naszych wspomnieniach. A jeśli udamy, że się z nim liczymy, tak naprawdę liczyć będziemy się tylko ze sobą — z nastrojami, które w sobie pielęgnujemy. Jesteśmy teraz tylko ty i ja... i musimy spróbować mieć jeszcze coś z życia. Moglibyśmy czekać na „odpowiedni” czas... udawać, że jesteśmy tak zdruzgotani, że nie myślimy o niczym innym niż żałoba. Ale to właśnie jest straszne, że nie możemy przechodzić żałoby, nie pozwalając, by smutek mieszał się ze wspomnieniami przeszłości i myślą o przyszłości. Boże mój, Marto... czy nie rozumiesz, że czasem chciałbym tak bardzo, że aż doprowadza mnie to do szaleństwa... być teraz przy tobie jako brat i przyjaciel i szczerze przeżywać żałobę po stracie Ottona... I żeby wszystko, co nas oboje zajmuje, nigdy nie istniało... było czymś nieznanym naszym myślom. Żebyśmy, słysząc o takich związkach, uważali je za niezrozumiały błąd. A jednak do tego doszło. Dlaczego mielibyśmy odgrywać przed sobą komedię? Bądźmy przynajmniej uczciwi!

— Och tak. Naturalnie masz rację. Po prostu nie mam teraz siły, żeby się w to zagłębiać. Nie potrafię traktować tego jak ty. Henriku, moje życie jest od tamtej pory tak straszne, że nawet nie wiesz...

— Tak, Marto — powiedział cicho. — A jak myślisz, moje życie jakie było przez te lata?

Chodziłam po salonie, płakałam i zawodziłam. Aż zatrzymałam się przed nim.

— Jest po wszystkim. Wszystko, wszystko minęło. Dlaczego mielibyśmy starać się znów coś odbudowywać... Na co miałoby się to zdać? I przez co zniszczyliśmy siebie nawzajem? Przez kaprys, zachciankę, przez nic, nic!

— Marto, to, co nazywasz niczym, jest całym moim życiem, odkąd sięgam pamięcią.

Zatrzymałam się.

— Przecież dobrze wiesz — powiedział Henrik — że kocham cię prawie od dziecka.