A jednak rozważałam ślub. Oczywiście nie powiedziałam, że tego chcę i nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale cały czas istniało takie założenie.
Henrik przychodził do mnie prawie codziennie. Był miły dla dzieci na swój spokojny sposób — w niedziele zabierał chłopców na narty, wysyłał ich do teatru i tak dalej. A wobec mnie wykazywał się niesłychaną pomysłowością i cierpliwością, próbując wywabić mnie z mojej skamieniałej żałoby.
Kiedy przychodził, siadałam jako obraz rozpaczy i się smuciłam. Wydobywałam z siebie udrękę, zmęczenie i zgryzotę, które uspokajały się nieco podczas codziennej pracy — siedziałam, roztrząsając, jak wszystko jest beznadziejne, nieszczęśliwe i upokarzające. I pozwalałam, aby najlepiej, jak tylko potrafił, próbował stopić moją skostniałą, milczącą istotę. Dawałam mu mówić i słuchałam go z uśmiechem, wyrażającym smutek zmieszany z pogardą, rzucając lakoniczne, niejednoznaczne odpowiedzi; jednak postrzegałam te wizyty Henrika jako jego obowiązek, a za swoje święte prawo uważałam, żeby go dręczyć.
Tak, dręczyłam go, jak mogłam, Henrik zaś znosił moje humory z anielską wręcz cierpliwością i opanowaniem. W ogóle go nie kochałam, lecz akceptowałam jego miłość, szarpiąc i targając mu serce najmocniej, jak tylko umiałam.
— Nic mi się nie chce — powiedziałam któregoś dnia. — Nic w życiu nie jest już dla mnie cokolwiek warte, bo czuję, że zostałam unurzana w błocie, z którego nie potrafię się podnieść... Mówię ci, nie chce mi się nawet próbować wstać!
A kiedy Henrik starał się chwycić moje dłonie, gwałtownie przywiodłam je do siebie. — Zostaw mnie!
— Kiedy właśnie nie chcę. Musisz już wziąć się w garść... Oczywiście łatwiej jest usiąść i rozpamiętywać przeszłość, ale to jak samobójstwo! Musisz iść dalej... Na litość boską, co umarło, zostaw już pogrzebane i zastanów się, w jakich warunkach możesz teraz żyć, jakkolwiek nie byłyby trudne. Co by pomogło, gdybym usiadł u twego boku i także się smucił? Jak myślisz, jakie miałbym wtedy życie? Stworzony jestem właściwie do uczciwości. Gdyby ktoś powiedział mi dziesięć-dwanaście lat temu, że pewnego dnia znajdę się w takim miejscu, że zrobię to i to, wierz mi, zaklinałbym się, że to niemożliwe! Stałem się biednym człowiekiem, Marto... Ale przeszłość minęła, a moja miłość do ciebie jest teraz. I to na niej właśnie można próbować budować życie!
Chciałam, żeby Henrik mówił właśnie takie rzeczy. Chciałam patrzeć, jak wylewa swą miłość, jak w głębi siebie szuka świeżej życiowej odwagi, którą mógłby złożyć u moich stóp — ale zarażała go moja nieustanna zgryzota i widziałam oraz słyszałam, że sam jest zrezygnowany i zrozpaczony, że nie wierzy we własne słowa.
Aż wreszcie odchodził zmęczony, a ja nie poddawałam się, dopóki nie wypędziłam życia z jego miłości, nie zadeptałam każdej iskierki odwagi i nadziei, jaka się w nim zatliła.
Ciągle jeszcze przychodził. I nadal chciał, żebyśmy się pobrali. Teraz jednak robił to chyba tylko z poczucia obowiązku i żeby móc jak najwięcej dać z siebie mnie oraz dzieciom.