Jednak patrząc, jak więdnie miłość Henrika, coraz bardziej stawałam się nieszczęśliwa. Nie dlatego, że go kochałam, lecz zrozumiałam, iż sama odganiam od siebie jedyną osobę, która się o mnie troszczy. Widziałam też, że robię wszystko, by stał się nieszczęśliwy i po raz kolejny zupełnie niczego nie rozumiałam.
Lecz nie zamierzałam tego przerywać. Tak bardzo niezdolna czułam się, by przemierzać świat sama z dziećmi. Rok w rok męczyć się w pojedynkę — nie śmiałam o tym myśleć.
A jednak to właśnie dla dzieci z tym skończyłam. Myśląc o przyszłości, bałam się wizji kolejnych lat, przez które męczyłabym się to w szkole, to w domu; z kolei myśląc o tym, jak wyglądałoby moje życie z Henrikiem — o domu, w którym mieszkalibyśmy z dziećmi Ottona i moimi, o tym, jak musiałabym kłamać i ukrywać przed nimi sprawy mniejsze i większe — na to też nie umiałam się odważyć.
Tamtego dnia w marcu, kiedy długo chodziłam wokół Frognerdammen46 i rozmyślałam, aż doszłam do wniosku, że to jedyny możliwy wybór, jeśli mam ze sobą wytrzymać i zachować choć odrobinę szacunku do samej siebie, w pewnym sensie poczułam się wyzwolona. „Kiedy to zrobisz, będziesz mieć spokój”, pomyślałam. „Zobaczysz, tak będzie lepiej”.
I nie żałuję. To jedna z nielicznych rzeczy, jakich nie żałuję w życiu. Ale nie czuję radości, że tak się stało. Równie mocno obawiam się przyszłości. Nie jest lepiej.
Poszłam do Henrika; ale kiedy mówiłam, siedząc na kanapie przy drzwiach balkonowych i patrząc na jego bladą, zasmuconą twarz w zmroku, ogarniało mnie coraz to większe poczucie nieszczęścia. Nie wiem, co powiedziałam — próbowałam mu chyba wyjaśnić, co cały czas czułam.
-– Najlepiej będzie, jeśli całkiem się rozstaniemy, Henriku... To niemożliwe, żebyśmy próbowali znowu żyć razem... Tylko siebie nawzajem skrzywdzimy.
— O nie, nie, nie, Marto... nie można tak mówić... Skąd miałabyś to wiedzieć?
— W każdym razie dotąd się krzywdziliśmy — powiedziałam.
Wtedy Henrik umilkł.