— Tylko? Naprawdę, Marto? Tak, pewnie masz rację. Ale... tylko się krzywdziliśmy?

— Ty nie — wtrąciłam szybko. — Ale ja wyrządzałam tylko krzywdę. A teraz nawet już mnie nie kochasz.

— Owszem, Marto. W pewnym sensie możesz mieć rację... Ostatnio sam czasem myślałem, że już cię nie kocham. Ale byłem jedynie zmęczony. A teraz, kiedyś przyszła i tak do mnie mówisz, wreszcie rozumiem. Najdroższa... co pozostałoby ze mnie, gdybym już cię nie kochał?!

— Ależ, Henriku — powiedziałam — przecież widzisz, jaka jestem. Zawsze cię źle traktowałam, dręczyłam cię... Nie kocham cię, nikogo już nie kocham.

Henrik siedział, chowając twarz w dłoniach; powoli zawodził, kiedy mówiłam.

— Och tak, Marto, och tak... Ludzie mogą się nawzajem dręczyć... nawet jeśli się kochają.

— Henriku, Henriku... to musi się skończyć... Jestem zmęczona i tyś jest zmęczony...

— Nie, nie jestem zmęczony, nigdy, przenigdy nie będę zmęczony, tak bardzo cię kocham...

I nagle rzucił się na mnie, zaczął pieścić, błagać i grozić, i sama nie wiem, co jeszcze.

Wreszcie mu się wyrwałam. Leżał skulony na kanapie i szlochał, a ja stałam przy pianinie.