Objęły matki i żony, i dziewy

Z krwi jednej, ojców i braci i syny

I hańby bezdeń wśród ludzkiej rodziny.

Lecz że te wstydy aż w słowa jąć trudno,

Przebóg, ukryjcie mnie kędyś w oddali,

Zabijcie, albo w toń morza odludną

Strąćcie, bym nigdy nie wyjrzał już z fali.

Bierzcie mnie! niech się z was żaden nie wzdrygnie,

Dalej, bez trwogi, bo takiej ohydy

Żaden śmiertelnik już po mnie nie dźwignie.