Po kilku sekundach ciszy odezwała się.

— Proszę opisać resztę drogi między Aleksandrią a Kairem.

— Co mam opisać? — zapytał, a zabrzmiało to, jakby myśli nie podążały za słowami.

I faktycznie tak było. Zdawało mu się bardzo dziwne, że ktoś obcy stoi po stronie Egiptu, a nie Anglii. Z pewnością śnił. W tym osobliwym miejscu wszystko było jak sen.

— Proszę opisać, co widzi się po drodze — nalegała.

Dopiero po chwili zrozumiał prośbę; zebrał się w sobie, a twarz przybrała taki wyraz, jak gdyby to, co opisywał, migało mu przed oczami.

— Najpierw widać wąski, piaszczysty kawałek lądu między morzem a jeziorem. Widać długie karawany obładowanych wielbłądów, sunące po tym pasku. Widać Beduinów32 na szlachetnych koniach. — Nagle przerwał, po czym powoli powiedział: — Przepraszam, przypomniał mi się arabski wiersz; którejś nocy próbowałem go przetłumaczyć. Zaczyna się tak:

„Kiedyż znów przemierzę dumnym, ognistym koniem

szmat pustyni wraz z rodem,

do którego serce me płonie...”.