Początkowo mówił niepewnie, ale zaraz przybrał ten sam ton, jakim w kairskiej szkole opowiadał różne historie arabskim chłopcom, siedzącym na podłodze. Dobrze znane, ukochane nazwy i obrazy, jakie teraz przywołał, sprawiły, że zapomniał o całym otoczeniu i o swojej nieśmiałości.

Dziewczyna z uśmiechem pospieszała:

— Jeszcze!

Była dumna, że przekonała Egipcjanina do tej opowieści.

Zamachał dłonią przed oczami, jak gdyby przepędzał jakiś cień.

— Najlepiej o tym zapomnieć — mruknął, a Szwedka stukała gałązką w mapę; brzmiało to jak akompaniament do jego słów, gdy ponownie się odezwał tonem bajarza.

— Podczas oblężenia Aleksandrii — chwilę się zastanawiał — w roku tysiąc osiemset pierwszym według waszej chronologii, Anglicy przekopali wydmy nad jeziorem Abu Kir. A dzikie, rozszumiane morze wdarło się przez ląd, zatapiając sto pięćdziesiąt wsi i ich mieszkańców! Muhammadowi Alemu udało się naprawić wydmy tam, gdzie Anglicy je przekopali, ale mimo wysiłków nie zdołał odeprzeć morskiej wody i przywrócić regionowi dawnej żyzności. A teraz jezioro pokrywa czterdzieści tysięcy hektarów błogosławionej ziemi — dodał Said ben Ali.

— Wiem! — wykrzyknęła. — Czytając o tym, pomyślałam, że to straszne, tego nie da się wybaczyć. To nie jak zniszczyć coś podczas krótkiej wojny, ale na zawsze.

Said ben Ali nie odpowiedział.

Szwedka próbowała czytać mu w myślach. Ale on utkwił wzrok w mapie, więc nie mogła spojrzeć mu w oczy.