Gdy Said ben Ali wszedł do jadalni, wszyscy już tam byli. Rozglądał się za spotkaną w lesie Szwedką. Wcześniej nie zwrócił na nią szczególnej uwagi — ani na nią, ani na żadną inną z dziewcząt, które w jego mniemaniu były do siebie podobne jak dwie krople wody; nie potrafił zrozumieć, że ktoś je rozróżnia. Zdawało mu się, że nie widział panny Brenner aż do poranka w lesie, a teraz bardzo się ucieszył, że jej miejsce przy stole znajdowało się prawie naprzeciwko jego krzesła. Uśmiechnął się i przywitał, a ona przyjaźnie skinęła głową w odpowiedzi. Rozmawiał z nią; miał wrażenie, że dyskutują nie po angielsku, a po arabsku, albowiem mówili o Egipcie.
Zaproponowano popołudniową przejażdżkę po jeziorze i zapytano Saida ben Alego, czy chce popłynąć z resztą.
— A czy pani się wybiera, panno Brenner? — spytał natychmiast.
Przytaknęła, więc i on przyjął zaproszenie.
Podczas przejażdżki Said ben Ali siedział w łodzi obok Stiny. Milczał, dłonią sunąc po wodzie, a dziewczętom zdało się, że jest mu dobrze. Stina nie była tego taka pewna — dotarło do niej, że to nie przez nieśmiałość Egipcjanin jest milczący i wycofany.
Podczas pożegnania Said ben Ali rzekł do Stiny:
— Dziękuję pani, że czyta pani o Egipcie.
Zareagowała zdziwieniem, lecz już po chwili zrozumiała, co ma na myśli.
— Domyślam się, że się to panu podoba. Gdybym była w Egipcie, byłabym zachwycona, gdyby ktoś czytał o Szwecji. Dobranoc!
— Dobranoc.