*

Dni i tygodnie pędziły jak na skrzydłach! Nastał pierwszy dzień ostatniego, szóstego tygodnia. Smutek rozstania i pożegnań już zakradł się między pracowitych uczniów w warsztatach, siedział na ławkach między uważnymi słuchaczami w sali wykładowej, układał swoje sordino52 nad radosnym gwarem podczas posiłków i przerw kawowych na zboczach koło Vänhemu, rzucał cień na ożywione grupki na boisku. Smutek wzmagał się przez to, że Nääs było piękniejsze niż wcześniej, gdyż przestało padać. W dzień było słonecznie, a wieczorami wychodził cudny księżyc.

Tego ranka, gdy tylko wyszli z sali wykładowej, ktoś zawołał:

— List do pana ben Alego!

I teraz Said czytał swój egipski list. Zamarł z kartką w dłoni i wzrokiem sztywno w niej utkwionym, trzęsła mu się ręka.

Minęła go Stina Brenner wraz z gromadką dziewcząt. Nie dostrzegł jej, ale gdy ona zobaczyła wyraz jego twarzy, natychmiast do niego podeszła.

— Mam nadzieję, że to nie żadne złe wiadomości, panie ben Ali?

— Owszem — odparł — złe wiadomości.

Głos miał tak zachrypnięty, że nie był w stanie wydobyć z siebie więcej.

— Czy chodzi o pańskiego brata? — spytała powoli.