Said ben Ali dużo jej opowiadał o swoim bracie i matce.

— Nie — powiedział. — Nie chodzi o mojego brata Mohammeda.

— Mam nadzieję, że i pańska matka jest zdrowa. — Kiedy przytaknął, spytała zaniepokojona — A kuzynka?

Odpowiedział z nietypowym dla siebie pośpiechem:

— To nie z domu. To ze szkoły. Mam wypłynąć pierwszym statkiem do Anglii, a potem od razu do Egiptu. Nie mogę czekać do zakończenia kursu. Kiedy odchodzi statek do Anglii? Czy muszę wyruszyć już dziś?

Był tak wzburzony, że ledwo mówił.

— Chyba nie są z pana — zawahała się, szukając jak najłagodniejszego określenia — niezadowoleni?

Zamyślił się, jak gdyby nie zrozumiał, o co jej chodzi.

— Nie, oczywiście, że nie. Mój zastępca w szkole jest chory, nie może pracować w tym roku, a szkoła zaczyna się za dwa tygodnie. Muszę być w domu za czternaście dni! Nie mogę jechać do Sztokholmu, muszę wypłynąć do Anglii i do domu. Wszystko jest tu napisane.

Pokazał jej kartkę.