— Panno Brenner, panno Brenner, proszę się pospieszyć, inaczej nie zdążycie na pociąg, statek się spóźnił.
— Nie płynę — odpowiedziała głośno Stina Brenner.
— Jasne, że pani płynie!
— Nie, nie lubię żegnać się z przyjaciółmi więcej niż jeden raz.
Usłyszał jej słowa, stojąc na najwyższym schodku na dziobie niewielkiego statku, w miejscu, gdzie nie zasłaniała go markiza. Był widoczny dla wszystkich.
— Trzykrotny wiwat na cześć Saida ben Alego. Niech Bóg go błogosławi! — zakrzyknął dyrektor, gdy statek odbijał od pomostu.
Okrzyki odbiły się echem od wzgórz i jeszcze trzy, i kolejne.
Said ben Ali z wolna przyłożył dłoń najpierw do czoła, potem do piersi i głęboko się ukłonił.
Nikt z obecnych nie widział wcześniej tego orientalnego pozdrowienia, zrobiło ono uroczyste, wzruszające wrażenie. Po raz pierwszy ci wszyscy ludzie zrozumieli, z jak dalekiego kraju pochodził ich towarzysz i do jak dalekiego kraju teraz wracał.
— Co zaśpiewamy? Szkoda, że Egipt nie ma hymnu — szeptano na pomoście.