Gdy słowa Home, Sweet Home dotarły do Saida ben Alego, na jego usta wkradł się na sekundę smutny uśmiech. Nie tylko stojących na pomoście wokół czerwonej flagi z półksiężycem i gwiazdą pozdrawiał, lecz także swój daleki kraj. Znów przyłożył dłoń najpierw do czoła, a potem do serca, robiąc przy tym głęboki uroczysty pokłon.

Statek zniknął za cyplem.

Część druga

I

Życie jest przedziwne. Przed niektórymi rozpościera długą i prostą drogę, pozbawioną wzgórz i niezacienioną przez drzewa — można by uznać, że gładką, nudną i jednostajną, w każdym razie wygodną dla spokojnych, leniwych osób, które i tak, nawet mając wolny wybór, nie chciałyby wspinać się pod górę, by ujrzeć rozległy widok, ani przemierzać morza, by zwiedzić obce kraje.

Inni natomiast ani dnia nie spędzą na tych prostych głównych drogach, od razu docierają do skrzyżowania, gdzie muszą postawić sobie pytanie: „Czy tą drogą czy tamtą powinienem pójść?”. Albowiem coś w środku ich duszy sprawia, że nie wytrzymują na gładkiej, niezmiennej szosie, nawet jeśli życie nie wymusza na nich dotarcia do rozstajów.

Droga, po której wędrują ci drudzy — po części pędzeni swą naturą, po części możliwościami oferowanymi przez życie — pełna jest niespodzianek, ekscytacji i niebezpieczeństw; najczęściej prowadzi przez odległe morza i wysokie góry do nieznanych krajów. A nawet jeśli tak się nie zdarzy, coś wyjątkowego jest w tych ludziach, których życiowa droga pełna jest cudów i ekscytujących napięć, czegoś, co sprawia, że wciąż się zastanawiają: „Co mi się jeszcze przydarzy?” i „Jak zareagować na to, co mi się zaraz przytrafi?” albo „Znieść to, co napotkam, czy walczyć z tym, co być może nigdy się nie zdarzy, ale obawiam się, że może stać się moim losem?”.

Stina Brenner miała wrażenie, że właśnie po takiej drodze stąpa, od kiedy Said ben Ali zniknął jej z oczu tamtego ranka w Nääs. W Szwecji jej serce nigdy tak mocno nie biło na wspomnienie o nim, choć myśli wciąż krążyły wokół tego mężczyzny ze Wschodu, który chciał się z nią ożenić, który ją kochał. Jej fantazje uczepiły się tego motywu. Podczas gdy w domu toczyło się zwyczajne jesienne życie, ze wszystkimi prozaicznymi zajęciami, i trwała zwyczajna jesienna pogoda z beznadziejną dusznością, Stina zanurzała się w marzeniach o słonecznym Oriencie, o świecie, który opisał jej Said ben Ali i który mógł należeć do niej, gdyby zechciała... Gdyby zechciała. Na tę myśl jednak krew nie zaczynała jej szybciej płynąć. Dopiero gdy stała obok swojego brata na pokładzie wielkiego statku, płynącego z Brindisi60, serce zabiło jej mocniej na myśl, że kraj, do którego zmierza, to kraj Saida ben Alego.

Gdy wreszcie miotany sztormami parowiec wpływał do portu w Aleksandrii i powoli opuszczał kotwicę nieopodal lądu, Stina Brenner znów stała na pokładzie, blada, wielkimi, żarliwymi oczami starając się uchwycić pierwszy przedsmak orientalnego życia. Całe ciało drżało ze zniecierpliwienia. Ale to, co zobaczyła i usłyszała, nie spodobało jej się.

Co za zamęt, co za brud, okrzyki i wycia, wymachujący rękami ludzi na kei61.