Półnagie czarne i brązowe ciała w poszarpanych łachmanach, dziwaczne czarne i brązowe twarze pod brudnymi turbanami, jednoocy, kulawi, ślepi i kalecy wyli, wrzeszczeli i wyciągali ręce w stronę statku, jęcząc i krzycząc.
Jednocześnie Stina dojrzała innych, zdrowych i przedsiębiorczych, którzy ze wrzawą rzucili się do łodzi i zażarcie ścigali się do statku, aż piana morska tryskała na ich bose, czarne i brązowe stopy. Widziała, jak z każdym zanurzeniem wioseł unoszą się, by rozpędzić łodzie, słyszała, jak zawodzą: „Allah, Allah”, jak gdyby groziło im potworne niebezpieczeństwo. A w całym tym piekielnym wyścigu, w tym diabolicznym zawodzeniu chodziło tylko o to, który z tych zwinnych czarnych i brązowych mężczyzn pierwszy wedrze się na pokład i przejmie wielkie kufry, mniejsze walizki i wystraszonych podróżnych, jak najprędzej wsadzi ich do łodzi i przeprawi przez niewielki odcinek do kei. W chwili, gdy wszystkie łodzie w sumie jednocześnie dotarły do celu, pokład został zalany nawoływaniem, hałasami i gestykulującym czarnym i brązowym tłumem.
I cóż to za potworne, ubrane na czarno zjawy przy zawalonych szopach, przed którymi ładowano bale i towary na zakurzone, klękające wielbłądy. Zjawy, które przykryły twarze szpiczastą zasłonką z czarnej tafty62, przymocowaną u nasady nosa za pomocą dziwacznej, spiralnej, miedzianej klamry; nieprzezroczysta zasłonka niczym maska zakrywała twarze, pokazując jedynie kawałek czoła i wielkie, czarne oczy.
— Czy to kobiety, Ludvigu? — spytała Stina drżącym głosem i mocno chwyciła brata za ramię.
— Tak.
Pokiwał głową w odpowiedzi.
W tej chwili Stina zobaczyła, jak jej zazwyczaj spokojny brat unosi laskę na nachalnego, bezwstydnego Egipcjanina, który ich zaczepiał.
Na jej rzęsach zadrżała łza. I to ma być ten piękny, cichy, dostojny Wschód, opisany przez Saida ben Alego, ten, do którego tak wzdychała i tęskniła?
Wydawało jej się, jakby nagle odebrano jej coś, co nosiła w sercu jak skarb. Pierwsze wrażenie Orientu okazało się potworne, brzydkie, nieharmonijne i dla oka, i dla ucha; a przecież pierwsze wrażenie jest najważniejsze, przynajmniej tak powiedziała Saidowi ben Alemu. Czy tak będzie też tutaj?
Wrażenie to zniknęło podczas podróży z Aleksandrii do Kairu, podróży, o której Said ben Ali tak barwnie opowiadał podczas ich pierwszej rozmowy w lesie w Nääs. Ujrzała wieczną wędrówkę Orientu, wielbłądy, stada, pasterzy — wszystko to, co Europejczykowi przypomina obrazy z opowieści biblijnych. Starotestamentowi patriarchowie w długich wełnianych szatach z brązowo-białymi obwódkami, trzymając w dłoniach wysokie laski, wędrowali powoli z nieskończoną godnością lub odpoczywali na skraju drogi — bracia Józefa63 w białych szatach i turbanach i sam Józef, młody, piękny, o aksamitnych oczach.