Widząc to wszystko — zdumiewająco nowe, a jednak niezwykle dobrze znane — serce Stiny zawrzało z ciekawości, a myśl, że zna kogoś, kto przynależy do tego baśniowego świata, kogoś, kto ją kocha i jej o tym powiedział, ta myśl na nowo zakwitła w niej i sprawiła, że wszystko to obce, a jednak tak dobrze znane, stało się jej własnością.

W Kairze, w drodze przez dzielnicę Ismaila do Hôtel du Nil64, Stina Brenner przyglądała się ulicom, na których roiło się od ubranych po europejsku mężczyzn z czerwonymi fezami na głowach, a w każdej z mijanych młodych postaci rozpoznawała Saida ben Alego i aż musiała się powstrzymywać, by nie wykrzyknąć jego imienia.

W jakimż oszałamiającym napięciu cała ta trójka — ona, brat i szwagierka — siedzieli podczas jazdy po El Muski65! Wcześniej nie potrafili sobie wyobrazić takiego niesłychanego tłumu, tych wspaniałych twarzy i postaci ze wszelkich baśniowych zakątków świata, wszystkich tych orientalnych strojów, feerii barw, tego roju ludzi i zwierząt, jeźdźców na wielkich rozkołysanych wielbłądach i drobnych białych osłach z czerwonymi czaprakami66; a przed szybkimi końmi spieszyli ubrani na biało lekkonodzy młodzieńcy z laskami w dłoniach. Nie potrafili sobie wcześniej wyobrazić takich stad kóz, indyków, kur pędzonych przez tłum długimi kijkami, ani tylu okrytych chustami kobiet, tylu wodopojów, rozkrzyczanych sprzedawców, tylu wrzeszczących arabskich zbirów, takiej niekończącej się plątaniny i ogłuszającego gwaru.

Kiedy powóz nagle skręcił w jeden z niebezpiecznych zaułków, oddalając się od El Muski, i przejechał przez łukową, prążkowaną bramę, za którą objawiła się kraina najbujniejszej zieleni, po czym zatrzymał się na połyskującym na złoto piaszczystym podjeździe w hotelowym ogrodzie, otoczonym lekkimi budynkami, a wrzawa z El Muski zmieniła się w niebiański spokój i ciszę, serce Stiny zaczęło mocniej bić z tęsknoty za tym, który ją kochał.

A teraz, tego przedpołudnia, czekała na niego.

Była sama. Ich podróż po Nilu miała się rozpocząć za kilka dni, brat i szwagierka Stiny udali się do portu Qasr el Nil, by obejrzeć parowiec Amenartes. Stina przyznała się, dlaczego nie chce im towarzyszyć.

— Poślę po mojego Egipcjanina.

Przez całe przedpołudnie myślała o sobie i o nim, siedząc w zacisznym, zaczarowanym ogrodzie Hôtel du Nil — podwójnie zacisznym, ponieważ leżał w pobliżu barwnego, promiennego, szumiącego, rozpędzonego, dzikiego życia wielkiej arabskiej arterii Kairu, ulicy El Muski, i podwójnie zaczarowanym, bowiem ogród ten, tak niewielki, jedyny w mieście otoczony murami ogród, był oszałamiający przez bujność wegetacji. W całym Kairze, w całej okolicy nie było takich drzew jak tutaj. Nigdzie drzewa pomarańczowe nie są tak soczyście zielone, nie dają tak obfitych złocistych owoców, nigdzie palmy nie są tak potężne i wysokie, a ich liście tak rozłożyste i nie dają takiego cienia jak tu, nigdzie drzewa bananowe nie są tak rosłe i zgrabne i nigdzie pnącza, wijące się wokół pni i tworzące na prętach balkonów szpalery, nie są tak bujne, bogate, a ich kwiaty tak płomiennie czerwone, a inne tak jaskrawo żółte jak tutaj. A wszystko, co wije się na zielono, czerwono, żółto i biało, wszystko, co uczepia się balustrad przy schodach i werand budynków, wydawało się unosić w powietrzu. I wszystko zielone, czerwone, żółte i białe, co zwisa z płaskich tarasów na dachu, z pawilonów w kształcie minaretu lub ze strzelistych wież widokowych, zdawało się opadać wprost z nieba w przewiewnych girlandach. Wszystko to unoszące się i wiszące pomaga liściom palmowym chronić siedzących na dole przed najgorętszymi promieniami słońca, które, stłumione i łagodniejsze przez zieleń, padają na zaczarowany, zaciszny ogród.

Stina siedziała w podłużnym, głębokim fotelu ratanowym67 pośród palm, pod zwisającą i pnącą się zielenią, pod rozłożystymi jak wachlarze liśćmi, rzucającymi na nią cień. Odwróciła fotel tak, by mieć widok na bramę wejściową.

Przez pierwsze pół godziny wmawiała sobie, że Hassan, posłaniec, nie mógł jeszcze wrócić. Uśmiechnęła się. „Hassan, mój egipski posłaniec” brzmiało jak z Tysiąca i jednej nocy68. Wprawdzie w tym otoczeniu wszystko zgadzało się z marzeniem o Oriencie, lecz przez gwałtowne bicie serca Stina nie potrafiła się nad tym zastanawiać. Myślała jedynie: „Co powiedzieć, co powiedzieć, gdy teraz przyjdzie, gdy zaraz tu będzie?”. Złościła się na siebie, że myśli o tym spotkaniu zupełnie inaczej, niż wydawałoby się to naturalne. „Przecież go nie kocham”, przekonywała siebie; mimo to siedziała z zegarkiem w ręku i czekała, a krew buzowała jej w żyłach.